sobota, 26 listopada 2016

Jak odmawiać różaniec [1]

29 IX 1974 r. Mówi ojciec Ludwik.
— Chciałbym wyjaśnić rzecz zasadniczą: różaniec jako przedmiot materialny nie znaczy nic sam w sobie, nie jest amuletem ani przedmiotem „cudownym"; tym bardziej nie jest „przepustką do nieba". Przez poświęcenie — tak samo jak medaliki, obrazy sakralne i inne przedmioty kultu religijnego — uzyskuje błogosławieństwo, którym Kościół w imieniu Chrystusa Pana dany przedmiot obdarza, uszlachetnia, czyni „narzędziem służby Bożej" w zrozumieniu natury ludzkiej, pragnącej dla wysiłku umysłu i woli oparcia w obiekcie materialnym. Cześć, jaką obdarzamy przedmioty, odnosi się nie do nich samych, a do idei, którą wyrażają sobą.
Powtarzam stale i z naciskiem: po śmierci ciała — w Bożym świecie bytów duchowych nie istnieje nie ujawnione kłamstwo i żadne pozory nie przesłonią prawdy. Formułki, pozory i gesty formalne nie nasycone treścią są niczym same w sobie, a co ważniejsze — mogą się stać świadectwem obłudy, fałszu, zakłamania, czyli plugawą, cuchnącą szatą duchową osoby „ubierającej się" tak w życiu na ziemi dla oczu świata. Nie jest tak — pocieszam — jeśli nie ma intencji „oszukiwania", a tylko niemożność dostosowania się do tego typu praktyk religijnych. I różaniec stanowi jedną z ozdób przebogatej ramy, którą otoczył Kościół istotę swej rzeczywistości duchowej — Chrystusa Pana.
Różaniec stanowi ułatwienie, pomost przerzucony przez Maryję Pannę dla ludzi, a może raczej mocne i solidne „poręcze" tego pomostu, po którym możemy zbliżyć się do Chrystusa Pana. Są ludzie, którym w ogóle poręcze takie nie są potrzebne, ponieważ idą lekko — ale większość szuka oparcia. Możesz przyjąć różaniec jako wysuniętą przez Maryję Pannę koncepcję pomocy w drodze do Jej Syna, opracowaną tak, aby służyła najszerszym masom ludzi wszystkich poziomów wykształcenia, ras i pokoleń.
Różańce zawieszone na lusterkach samochodów, to kompletne nieporozumienie. Wiele osób traktuje różaniec, jak talizman i stąd te pomysły, by je wieszać na lusterkach. A tymczasem Różaniec stanowi ułatwienie, pomost przerzucony przez Maryję Pannę dla ludzi, a może raczej mocne i solidne „poręcze" tego pomostu, po którym możemy zbliżyć się do Chrystusa Pana. Jeśli potrzebujesz poręczy, to chwytaj różaniec i kieruj swe serce ku Jezusowi.

sobota, 5 listopada 2016

Jezus jest przy tobie

Jeśli pytasz, jak to wprowadzić w życie, poradziłbym ci. On jest przy tobie nieustannie. Wyobrażaj sobie Jego obecność (nie wygląd), np. to, że stoi za tobą, że czujesz Jego dłonie na swoich ramionach, i mów w duchu (jak się mówi do przyjaciela, nie odwracając głowy): „Wiesz, że pragnę dla Ciebie zrobić wszystko, ale nie wiem, co będzie najlepsze. Wiem, że mi pomożesz, a więc robiąc wszystko, co mogę, wedle najlepszej mojej woli i zrozumienia, ufam Ci i resztę (przebieg i rezultaty) oddaję Tobie". On na to czeka.
Chrystus Pan tak bardzo pragnie nam ulżyć, ułatwić drogę. Krzyżem jest samo życie — On nasze krzyże sam pragnie nieść. Nie narzuca ich nam, a zdejmuje. On ma dość sił, aby zdjąć cierpienia całego świata — gdyby świat chciał oddać Mu się w ręce... Jest piękny psalm „Kto się w opiekę" w wybitnym, rytmicznym i pełnym siły przekładzie Jana Kochanowskiego. Sądzę, że on mógłby ci służyć, gdyż posiada dynamikę i piękno formy literackiej (to tak jak mistrzowsko utkany dywan, który rozścielamy przed Panem).
Każde dzieło sztuki jest pośrednio hołdem oddanym Panu, jako dawcy obdarzającemu nas zdolnością stwarzania piękna w kształcie materialnym. Jeśli jest świadomie tworzone w tym celu, aby świadczyło o Bogu, jest formą modlitwy, naszą własną próbą uwielbienia Pana, wyrażenia Mu naszej wdzięczności, miłości, pamięci. Ale musimy pamiętać, że równie prawdziwą modlitwą jest każde działanie ludzkie tworzące dobro. Ludzka zdolność tworzenia dobra jest jednym z największych dowodów świadczących o prawdziwym ojcostwie Boga. Gdybyśmy nie byli bytami duchowymi wyłonionymi z Jego zamysłu miłości, nie bylibyśmy zdolni ani do odbierania, ani świadczenia dobra, które jest miłością aktywizującą się materialnie. Inaczej mówiąc, jak ciepło i blask jest właściwością ognia, tak właściwością miłości jest udzielająca się dobroć — dobroć, która stwarza i rozprzestrzenia dobro, gdziekolwiek tchnie.

No właśnie tak, jak ciepło i blask jest właściwością ognia, tak właściwością miłości jest udzielająca się dobroć — dobroć, która stwarza i rozprzestrzenia dobro, gdziekolwiek tchnie. Tak to właśnie jest. Gdy trafimy do nieba to nie dla naszych uczynków, choć tych dobrych wokół nas nie będzie brakować; trafimy ze względu na miłość – o to chodzi w życiu. A kochając innych, przekazując innym Bożą miłość, rozsiewać będziemy wokół siebie dobro. Tylko dobro.

czwartek, 3 listopada 2016

Musimy zacząć żyć miłością [2]

Jeśli ktoś nie czytał pierwszej części, to proponuję, by przeczytał. Przypominam, iż jest to wypowiedź o. Ludwika, który nade wszystko zwracał naszą uwagę na fakt, iż podstawowym naszym zadaniem tu na ziemi, jest nauka miłości. Posłuchajmy dalej:

Chciałbym Ci zwrócić uwagę na to, że jest to jedyna „nauka" dostępna absolutnie wszystkim, uniwersalna, poza czasem, miejscem, uzdolnieniami i warunkami — bo jest nie ludzka, a Boża, a więc wszechogarniająca, bezmierna, niezniszczalna (śmierć o. Kolbego była właśnie takim dowodem niezniszczalności miłości żyjącej w człowieku). Chciałem Ci wytłumaczyć, dlaczego tak niebezpieczny jest brak harmonii rozwoju wewnętrznego. Może on, tak samo jak przerost religijności traktowanej emocjonalnie, doprowadzić do praktycznego życia poza Kościołem Chrystusowym, bo poza miłością. W przypadku skrajnego rozwoju „pychy rozumu" może to doprowadzić człowieka do schizmy. Wszyscy inicjatorzy odszczepieństw, np. Luter, Kalwin, tą drogą poszli, bo pozostawali stale poza miłością.
Przy emocjonalnym traktowaniu wiary katolickiej jest ona płytka, niepogłębiona. Właściwie nie zna się Tego, kogo się kocha, a w każdym razie nie współżyje się w Nim. Kocha się swoje wyobrażenia o Bogu, a w dużej mierze kocha się też swoje emocjonalne sentymentalne wzruszenia. Wtedy grozi człowiekowi zagubienie się w pozorach manifestowanej pobożności przy braku prawdziwej miłości Boga, objawiającej się w codziennej miłości bliźniego, wymagającej woli, hartu i samozaparcia, a więc trudnej i prawie niewykonalnej bez wsparcia miłością Bożą, a więc bez stałego, serdecznego, bliskiego współżycia z Bogiem.

Każda miłość obejmuje całego człowieka – ważne jest więc, by przeżywanie w którejkolwiek ze sfer nie wyprzedzała przeżywania jej w pozostałych. Zagrożenie dla nas występuje zarówno w postaci „pychy rozumu", jak i przy emocjonalnym traktowaniu wiary.

To są zagrożenia najbardziej powszechne i niebezpieczne zarazem. W zakonach przybierają tylko ostrzejsze i bardziej rażące formy. Bardziej mogą gorszyć, a przez to zrażać do Kościoła, ale zagrażają wszystkim, każdy bowiem człowiek ma przeciwnika w sobie, a to jest ten „skutek grzechu pierworodnego", który ciąży na nas wszystkich. Siły zła i nienawiści (upadli aniołowie) dopiero na tym mogą bazować. Nie docierają do nas inaczej niż poprzez nasze ułomności. Inni ludzie również przez swoje ułomności atakują nas, szczuci jak zwierzęta posłuszne woli tresera.

środa, 2 listopada 2016

Musimy zacząć żyć miłością

Nie można prawdziwie poznać miłości bez doświadczenia jej, bez wejścia w życie miłości, która jest energią duchową, życiem świata duchowego, nieustanną wymianą pomiędzy bytami stworzonymi a Stwórcą, który je kreował z miłości ku nim. W świecie duchowym żyjącym w prawdzie odpowiedzią stworzonych jest miłość wedle pełni ich możliwości kochania.
My, ludzie, nie możemy wkroczyć w wieczność świata duchowego rozpoznając czyli rozumiejąc jego istotę, ale musimy stać się jego uczestnikami, a więc musimy zacząć żyć miłością.
Pod tym względem ziemia jest przedszkolem, ale można skończyć na niej uniwersytet, a nawet zostać profesorem dla innych — zobacz świętych. Wszystko wedle pragnienia nauki, ale nauki — miłości.

Pierwotnie wczytałem całą notkę, ale tyle tu treści, że postanowiłem ją rozbić na drobniejsze, by nic nie uszło waszej uwadze. W tej pierwszej części są trzy akapity. Proponuję każdy z nich przeczytać raz, a po chwili powrócić do niego powtórnie…

Reszta w kolejnych odsłonach.

O niebezpieczeństwie poznania wyłącznie intelektualnego z zaniedbaniem rozwijania w sobie miłości

6 XI 1974 r. Mówi ojciec Ludwik.
— Wydaje mi się, że absolutne zdanie się na intelekt z pominięciem intuicji szkodzi rozwojowi pełnej duchowości w tych zakonach, które stawiają na pierwszym miejscu rozwój intelektualny, nie pogłębiając równolegle i w równej mierze mistyki życia wewnętrznego. Chodzi mi o to, że życie wewnętrzne duszy powinno prowadzić do postępu w bezpośrednim zbliżeniu z Chrystusem Panem, który wówczas duszę objaśnia sam, a bezpośrednie „poznanie w Prawdzie" koryguje możliwość błędu uczynionego przez spekulację intelektualną przeprowadzaną przez ludzki umysł. Wszyscy wielcy doktorzy Kościoła byli, ogólnie mówiąc, mistykami — tak święty Tomasz z Akwinu, jak i święci: Augustyn, Katarzyna Sieneńska, Teresa z Avila, Jan od Krzyża...
Kiedy naruszona jest równowaga pomiędzy rozpoznawaniem rzeczywistości przez władze umysłu a rozpoznawaniem rzeczywistości świata duchowego poprzez wolę i miłość...
Nie bardzo rozumiałam, co ojciec Ludwik ma na myśli i poprosiłam o wyjaśnienie. Ojciec Ludwik zaczął tłumaczyć:
— Przecież świat duchowy — to świat miłości, a bez woli nie ma pracy nad sobą, przezwyciężania egoistycznej wygody ciała na rzecz wysiłku duchowego, systematycznej pracy nad sobą, naginania się do wsłuchania w „głos wewnętrzny". To wymaga ciszy wewnętrznej. Konieczne jest odsunięcie od siebie wszystkich myśli rozproszonych i niepotrzebnych, odejście od spraw czasowych na rzecz spraw wiecznych — a więc trzeba ustawicznie przekraczać granice czasu, i to przekraczać bez przymusu, a wolą poznania Tego, kogo się kocha. Gdy brak miłości, możliwa jest „oschłość" duchowa prowadząca do pychy intelektu, który przejmuje powoli, a co gorsza niezauważalnie dla człowieka, rolę „głosu wewnętrznego", głosu naszego ducha, i on zaczyna prowadzić człowieka po bardzo niebezpiecznej drodze intelektualnego poznania rzeczywistości miłości bez zanurzenia się w niej — jak gdyby z zewnątrz, z ubocza.

Ojciec Ludwik mówił o tym w kontekście życia zakonnego, bo to był świat, który on najlepiej znał. Ale zwróćmy uwagę, że skoro tak ważna jest ta równowaga w życiu zakonnym, to o ileż ważniejsza jest w naszym życiu ludzi świeckich?

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Polegamy na Nim dla Niego samego

Na ziemi nie stoi temu na przeszkodzie nic prócz naszego braku miłości (mówię znowu o wierzących w Boga, ale nie wierzących — Bogu). Jeżeli Ojciec nasz mówi nam, że nas kocha, musimy Mu zawierzyć (wedle Jego stosunku do nas, a nie naszego do nas samych). Odrzucając osobę własną z jej ograniczonością, jej brakiem miłości, jej nicością, a skupiając się na Nim samym, przestajemy odmierzać, sprawdzać, porównywać, czyli robić błędy. Polegamy na Nim dla Niego samego — tak jak dziecko, które ufa ojcu, bo jest jego ojcem, a na myśl mu nie przychodzi pytanie, czy ojciec może kochać takie dziecko jak ono.
Ufność — to zawierzenie miłości Boga, o której On sam nam świadczy; i to powinno wystarczyć. On mówi nam, że kocha nas bez granic, i tak jest, ponieważ stworzył nas z miłości. Przyjmując Jego zapewnienie miłości całym sobą, jak dziecko, oddajemy się Jemu, pogrążamy się w ciemnym (dla rozumu) zawierzeniu Jego miłości — z poczuciem całkowitego bezpieczeństwa, bez przewidywań, niepokojów i trosk. To odtąd będą Jego troski i niepokoje — nie nasze. Absolutna radość, beztroska i spokój wewnętrzny — to dary Jego dla tych, co Mu ufają, to największa, najintymniejsza, najbardziej bliska Jego serca droga ku wieczystemu współżyciu z Nim i, jak widzisz, jedyna logicznie słuszna; dodam też, że przynosząca największe i najszybsze rezultaty.

Zwrócę tylko uwagę na to zdanie w nawiasie - mówię znowu o wierzących w Boga, ale nie wierzących — Bogu, które poprzedza uwaga o naszym braku miłości. Bo to w nim zawarte jest to, co różni tych którzy zatrzymali się w rozwoju swojej wiary od tych, którzy mieli odwagę pójść dalej. Wszystko zaczyna się od pokochania Boga – jeśli pokochamy, zaczynamy Mu ufać, tak jak dzieci ufają kochającemu ojcu. Nasze spojrzenie na siebie samych staje się nieistotne, bo ważniejsze jest to, że On nas kocha i prowadzi po takich drogach, które są dla nas najlepsze – Jemu możemy oddać wszystkie troski i niepokoje, jakie na nas przychodzą. Absolutna radość, beztroska i spokój wewnętrzny — to dary Jego dla tych, co Mu ufają.

sobota, 5 lipca 2014

O ufności

24 IX 1974 r. Mówi ojciec Ludwik.

…
Widzisz, przez brak rozeznania ludzie wszystkich pokoleń usiłują, operując właściwościami swej natury fizycznej, a więc środkami danymi im dla zagospodarowania ziemi (opartymi na prawach Bożych dla materii wszechświata: czas, przestrzeń, ciążenie itp.), usiłują — powtarzam — zbadać duchową treść i wszechświata, i Jego Stwórcy. Stosując tę samą miarę do spraw wymiernych, jak i nie podlegających żadnej mierze „fizycznej", ludzie gubią się, wynikiem czego jest określenie „wielkości" miłosierdzia Bożego, „granic" Jego możliwości, Jego dobroci — względem własnej mizernej natury ludzkiej. Ograniczając tak wszechmoc Boga, którą się teoretycznie uznaje, ale w stosunku do ludzi, specjalnie do siebie, umniejsza na miarę własnej wielkoduszności, dobroci, lojalności — sprowadza się Boga do wymiarów ludzkich, zamiast zanurzyć się „z głową" w nieskończonej naturze Boga.
Jedynie prawidłowy bowiem jest taki stosunek stworzenia do Stwórcy, który zezwala na objęcie skończoności przez Nieskończoność. Takie zezwolenie w duchowym świecie wolnych bytów możliwe jest jedynie przez miłość. I taka jest rzeczywistość domu Bożego.

Wielokrotnie o tym pisałem, że w dniu sądu tylko my sami możemy odrzucić Boga. Tu na ziemi dotknięci skutkami grzechu pierworodnego tracimy pierwotną jasność rozeznania dobra i zła – całymi latami możemy wybierać zło pozostając w przekonaniu, że wybieramy dobro. Przechodząc na tamtą stronę życia, tę pierwotną jasność odzyskujemy – patrzymy na własne życie oczami Boga. Rodzi się w nas żal z powodu krzywd, jakich wcześniej nie dostrzegaliśmy, a które wyrządziliśmy innym; nasze serce przywiera do Boga i od tej pory nie pragniemy niczego bardziej, niż tego, by rozdawać innym Bożą miłość…
I tak się dzieje niezależnie od tego, jak wielkie by były te krzywdy innym zadane – taka przemiana będzie obejmować największego nawet zbrodniarza i nie ma najmniejszego powodu, dla którego Bóg nie miałby mu okazać swego nieskończonego miłosierdzia…
Jedynym zagrożeniem dla człowieka jest jego pycha – grzech wszechobecny w życiu człowieka, może tak nadymać jego ego, że na tym sądzie on sam może odrzucić Boga! To nie Bóg go odrzuci, lecz on odrzuci Boga! Miłosierdzie Boże jest nieskończone, ale człowiek w swojej wolności może wzgardzić nawet tym nieskończonym miłosierdziem.