20.2.11

Śmierć. Sens życia (2)

Mówi Bartek.
Właśnie na tym polega cała rzecz, żeby zawierzyć Bogu, skoro sam przyszedł i dał świadectwo — sobą. Ale my, ludzkość, chcielibyśmy uwierzyć nie Bogu, a sobie. A przecież jeśli własnymi zmysłami nie możemy ocenić nawet świata ziemskiego, jak oczyma — biegu atomów, a rękoma — ich ciężaru, tym bardziej nie możemy poznać świata duchowego. Po prostu jest za subtelny. Istnieje, ale to my jesteśmy zbyt prymitywni, aby móc Go rozpoznać, póki żyjemy. Nie On jest „mało realny", ale my, ludzie, jesteśmy „gruboskórni" jak dinozaury. Owszem, mamy umysł, mamy środki przekazu, mamy logiczne sprawdziany, mamy sumienie, które nam mówi, i to jakże wyraźnie, co i jak, ale chcielibyśmy ten świat „mieć", „widzieć", „dotykać", zanurzyć się weń, a wtedy dopiero... „raczyć przyjąć". No to po co byłoby życie na ziemi takie właśnie, które jest próbą naszej wiary, naszego zaufania, naszej dojrzałości do „tamtego świata"? Jak moglibyśmy tu (w niebie) istnieć, nic nie rozumiejąc, nic nie zdecydowawszy, niczego nie wybrawszy? Właśnie życiem mamy dać odpowiedź, czy pragniemy rozwoju w nas dobra. I do jakiego stopnia pragniemy: czy trochę tylko, czy pomimo wszystko? I co w ogóle uznajemy za dobro? Trzeba wybrać i dążyć, po prostu coś pokochać i dążyć do zjednoczenia się ze swoją miłością, iść ku niej. Tu dojrzewamy, ale wybór, wybór jest wasz, póki żyjecie i tylko wtedy! Całym życiem „uzdalniacie się" jak gdyby do przyjęcia naszego sposobu istnienia lub szykujecie sobie niemożność istnienia „w Bogu". Pamiętaj, że tęsknota, pragnienie sprawiedliwości i dobroci jest wzywaniem Boga, a opowiedzenie się za prawem do sprawiedliwości, prawem do wolności wyboru, prawem do uszanowania godności ludzkiej w człowieku jest opowiedzeniem się za Dawcą praw. Czciliśmy Go nie poznając Jego samego pod zasłonami praw, ale za nie byliśmy gotowi na śmierć. Ot, cała tajemnica „polskiej drogi". Mamy na niej bardzo wielu męczenników, a warunki umierania bardzo skutecznie zastępowały „czyściec".

Szczególną uwagę zwracam na te dwa zdania:
Tu dojrzewamy, ale wybór, wybór jest wasz, póki żyjecie i tylko wtedy! Całym życiem „uzdalniacie się" jak gdyby do przyjęcia naszego sposobu istnienia lub szykujecie sobie niemożność istnienia „w Bogu".
Czyściec jest po to, by mogła w pełni dojrzeć nasza miłość, ale ostateczny podział za zbawionych i potępionych następuje w chwili śmierci – to wtedy wybieramy Boga, lub Go odrzucamy, a wybierzemy, lub odrzucimy zależnie od tego jakie były nasze pragnienia za życia.



11 komentarzy:

  1. Jest to jedno zycie i sensem jest przezyc je tak, jak tylko potrafimy najlepiej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, jest tylko jedno życie - dane nam na wieczność. Ten etap, który znamy, posiada jeden wyraźny cel - mamy nauczyć się kochać. Tylko tyle i aż tyle. Bez tego nie możemy wejść w taką relację z Bogiem-Ojcem, w jakiej obecnie jest Chrystus. Ale tak jak mówił Bartek (Bartek jest właśnie po tamtej stronie życia), dojrzewanie naszej miłości następuje już tam; jednak nasze pragnienia kształtują się jeszcze tu - i to od nich zależy, czy w chwili śmierci wybierzemy Boga, czy Go nie wybierzemy. Bóg dał nam wolność (bez wolności nie moglibyśmy się uczyć miłości) i cały czas ją szanuje - również w tym naszym ostatecznym wyborze (innymi słowy "wyrok" na tym sądzie, tak na prawdę wydamy my sami - będąc już tam, przestanie ciążyć na nas grzech pierworodny i już nie będziemy nazywać zła dobrem - sami będziemy własnymi sędziami i będzie to sąd sprawiedliwy).

    OdpowiedzUsuń
  3. PS: O tej porze roku żywicą Ci chyba nie pachnie, ale mimo wszystko pewnie nie możesz narzekać na brak wrażeń;)

    OdpowiedzUsuń
  4. .."nie możemy poznać świata duchowego...jest za subtelny" -ciekawe prawda? Bo są ludzie, którzy odczuwają świat duchowy..

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wiem kim jest Bartek, ale jesli on to napisal, to chyba nie mogl sobie wyobrazic tego swiata bez siebie i stad takie przemyslenia.

    Dzisiaj jest -6 stopni. Po powrocie z "cieplych krajow" jestem bardzo happy i ciagle sie szczerze :))))). Dzisiaj jade do downtown obejrzec sobie Toronto od wewnatrz. Pozdrowienia cieple.

    OdpowiedzUsuń
  6. Moherku, to rzeczywiście ważna myśl. Może trzeba było ten rozdział podzielić nie na dwie, lecz na trzy notki? Ale dzięki, że Ty zwróciłaś na to uwagę!

    OdpowiedzUsuń
  7. Silko, to może powiem mniej poetycko (wcześniej napisałem Ci Bartek jest właśnie po tamtej stronie życia) - Bartek jest duszą czyśćcową, z którą Anna, autorka Świadków Bożego miłosierdzia miała kontakt. Wszystko, co w tych notkach jest złotymi literami, pochodzi właśnie z tego świadectwa; moje komentarze są jedynie srebrne.

    OdpowiedzUsuń
  8. A ja zwróciłam uwagę na te słowa;
    "...Trzeba wybrać i dążyć, po prostu coś pokochać i dążyć do zjednoczenia się ze swoją miłością, iść ku niej. Tu dojrzewamy, ale wybór, wybór jest wasz, póki żyjecie i tylko wtedy!...."
    póki żyjemy, miłosierdzie jest przed sprawiedliwością. Potem będzie sprawiedliwość przed miłosierdziem;

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie ma niczego takiego, jak miłosierdzie przed sprawiedliwością, lub sprawiedliwość przed miłosierdziem. Jeszcze raz w największym skrócie - zadanie, jakie otrzymujemy na ten okres życia tu na ziemi, to nauka miłości. Całkowite wypełnienie tego zadania pozwoli nam na pełne zjednoczenie z Panem. Zanim to nastąpi przypada moment naszej śmierci. Im bardziej zostaliśmy ukształtowani poprzez miłość w naszym życiu, tym większe jest nasze pragnienie zjednoczenia się z Panem w chwili naszej śmierci; ten wyrok na siebie wydajemy my sami - jeśli w chwili śmierci będziemy pragnęli zjednoczenia z Bogiem, to to będzie już wybór ostateczny. I zwróć uwagę, że tu miłosierdzie jest zawsze! Nie ma człowieka, który by zasłużył na to zjednoczenie, ale każdy, kto będzie pragnął tego zjednoczenia, kiedyś go dostąpi (choć niekoniecznie w chwili śmierci - i najczęściej nie w chwili śmierci). Jeśli jednak wtedy odrzuci Boga, to odrzuci Go ostatecznie - już nigdy więcej nie zostanie postawiony w sytuacji wyboru. Ten wybór w chwili śmierci jest wyborem ostatecznym.
    Gdy już będziemy po tamtej stronie, nie będzie już nad nami ciążył grzech pierworodny, a więc poczucie dobra-zła będziemy mieli dokładnie to samo, jakie ma Bóg (już nie będziemy sami nazywać, co jest dobrem, a co złem). Mając tę wiedzę, bezbłędnie będziemy potrafili powiedzieć, co jeszcze musimy w sobie zmienić, byśmy stali się gotowi do pełnego zjednoczenia z Bogiem. Czy mamy to nazywać sprawiedliwością, gdy do tego zjednoczenia nie będzie dochodzić, bo nie będziemy jeszcze na to gotowi? Od biedy można tak to nazwać, ale mnie się wydaje właściwszym słowem, iż to nasza roztropność.

    OdpowiedzUsuń
  10. ale ja to gdzieś czytałam, że miłosierdzie jest przed sprawiedliwością. I rozumiem to tak, ze dotyczy to postawy człowieka, naszego ludzkiego postrzegania Boga. Jest tak kochający, że najpierw Miłosierny a potem Sędzia Sprawiedliwy.
    A w Dzienniczku pisze, ze Miłość jest też Sprawiedliwością. Co mi się wydaje logiczne:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Moherku, dokładnie tak samo myślę, jak s. Faustyna.

    OdpowiedzUsuń