22.12.09

Do tych ludzi, także świeckich, którzy oddali swoje życie do dyspozycji — Bogu

Powiedz ludziom, niech nie gardzą i nie lekceważą słowa Bożego, by nie byli winni upadkowi tych słabych, do których ono dojść powinno, by podtrzymać ich i nawrócić ku Jego owczarni. Nie jesteście bardziej kochani niż oni, ale o wiele bardziej odpowiedzialni przed Panem, bo otrzymaliście o wiele więcej niż oni — za darmo, nie będąc lepszymi — a chcecie zatrzymywać miłosierdzie Pana, zakopując i kryjąc to, co przekazywać macie. Zapominacie, że do służby potrzebującym Słowa powołał was Pan, a nie dla dogadzania wam w waszej próżności. Jego wszystkimi darami zostaliście obdzieleni dla pomocy tym, którzy ich nie otrzymali. Ale dary Jego to ogień, to pochodnie gorejące, które oświetlać mają wspólną drogę ku Niemu; kto je zatrzymuje dla własnego użytku, dla chwały własnej, tego spopielić mogą.

Te słowa w sposób szczególny przyjmuję do siebie. Wiem, że Bóg tak pokierował moim życiem, bym napisał Listy…; jednocześnie wiem, że byłem tylko narzędziem – do dziś Listy… zadziwiają mnie swoją mądrością, przekraczającą moją mądrość… Niczego nie pragnąłem bardziej niż tego, by to moje spojrzenie na miłość się upowszechniało, by wszyscy patrzyli na miłość Bożymi oczami…
Czy jednak nie poczułem się przez to lepszy? Czyż nie było tak, iż nagle zacząłem uważać, że księża zamiast mówić o rzeczach ważnych, wygłaszają same krągłe zdania pozbawione treści (nie wszyscy co prawda – np. ks. Zygmunt Malacki zawsze był dla mnie wzorem)?
Dziś spokorniałem – podziwiam księży, że mimo wszystko udaje im się przynajmniej część ludzi zatrzymać… Podziwiam rekolekcjonistów, którzy do dziś potrafią sprawić, iż pełne kościoły poddają się działaniu Ducha… - ja bym nie potrafił.
Dziś też widzę, jak trudno jest dotrzeć do ludzi z tak mądrymi i tak dziś potrzebnymi tekstami, jak to właśnie świadectwo – świadectwo Anny…











17.12.09

DZIEŁO MIŁOSIERDZIA. WSPÓŁPRACA

4 I 1982 r. Po lekturze „Dzienniczka siostry Faustyny" mówi ojciec Ludwik.

W twoim rozumowaniu jest ten błąd, że nas (ani Pana) nie „odstrasza" ani też nie „brzydzi" wasza niedoskonałość, a przeciwnie, przyciąga, ponieważ rośnie wtedy nasze współczucie dla was i gorąca chęć pomożenia wam. Nie pomaga się wielkim, silnym, zdrowym, pewnym siebie i zarozumiałym, ale każdy natychmiast pospieszy z pomocą choremu i słabemu lub płaczącemu dziecku. Takim właśnie małym dzieckiem, które zginęłoby dawno bez pomocy Pana, wydajesz się nam ty, a ponieważ tak zupełnie nikt i nic cię nie broni przed wszelkimi zagrożeniami, obrońcą twoim stał się sam Pan. Dlatego nie żałuj, że jesteś taką, jaką jesteś, i że takie właśnie są warunki, w których Pan cię umieścił, bo Jego współczucie, miłość i opieka zastąpią ci wszystkie braki. „Masz obrońcę Boga", a więc przyjmij siebie samą, jaką jesteś teraz i nie kłopocz się więcej o siebie. Pan nie pragnie w tobie drugiej Faustyny. Pan chce cieszyć się tobą i wedle twoich możliwości prowadzić ciebie. A twoja droga jest drogą służby ochotniczej i dobrowolnej.

Czy do tego tekstu potrzebny jest jakiś komentarz?




9.12.09

Śmierć w stanie zbrodni

Przecież taki człowiek już nie jest w stanie żałować, już się rozgrzeszył, zapomniał, odpuścił sobie sam — a zbrodnia trwa. Choćby mu odpuścili ludzie zamordowani przez niego, Bóg się za nimi ujmuje. Obecność Pana, to jest światło, jasność, prawda. To jest to: „Kainie! Gdzie jest twój brat, Abel?"
Ja to już „widziałem". Staje w obecności Bożej, w pełni prawdy człowiek, który nie może zaprzeczyć, który musi powiedzieć prawdę o sobie: „Zapomniałem o setkach mych braci, Abli. Nie byli warci mego niepokoju, nie mącili mi snu".
Nie Bóg sądzi ludzi. On jest obecny. A człowiek znajduje się nagle wobec rzeczywistości realnej, bezwzględnej — Dobra, o którym sądził (taki człowiek), że nie istnieje, i tym kryterium ma zmierzyć swoje życie.
Miłość Boga jest nieskończona, jest pełna i stała dla wszystkich. I spotyka się z nią każdy. Kto tak jak ja był pozbawiony miłości, głodny, spragniony, przeżywa tu szczęście, które was zabiłoby swoją potęgą. Ale człowiek, który deptał, unieszczęśliwiał, upadlał, zabijał innych ludzi, spotyka się z miłością Boga — do nich! Widzi, że niszczył to, co Bóg ukochał. Walczył z Miłością, zaprzeczał Miłości. Jeżeli wtedy jest zdolny żałować, zrozumiawszy co zrobił, może być uratowany, lecz człowiek, który swoje zbrodnie zatarł, zapomniał, który jest nawet z nich dumny — bo i tak bywa — nie zobaczy nic poza „murem", którym się sam od Miłości oddzielił. I ten „mur" przyjmie jako sprawiedliwy.
Zrozum, że każdy dzień bez żalu, bez pokuty oddziela ich coraz bardziej od Miłości. „Żal w godzinie śmierci" — to zrozumienie i pragnienie zadośćuczynienia, wyrównania, „okupienia" swoich win czy zbrodni. Wtedy Bóg dodaje do możliwości ludzkich swoją miłość. To jest czyściec. Ale to jest Jego królestwo; jest nadzieja, ratunek, uratowanie przez Miłość. Jednak „żal" nie powstaje tam, gdzie została zabita miłość, wyplenione współczucie i miłosierdzie. Tam króluje nienawiść, pogarda, cynizm i pycha, i człowiek przynależny jest im. W obecności Boga odczuje tylko przeraźliwy strach, zagrożenie swojego istnienia duchowego. Nie będzie mógł znieść, wytrzymać siły prawdy, miłości, dobra — Boga.
Was przed tą nieskończoną potęgą chroni tylko Jego wola pozostawienia wam możności wyboru. Ale tylko za życia człowieka w materii jest on „osłonięty" jak gdyby przed Jego realną obecnością.

Jeszcze raz najważniejsze myśli:
Nie Bóg sądzi ludzi. On jest obecny. A człowiek znajduje się nagle wobec rzeczywistości realnej, bezwzględnej — Dobra, o którym sądził (taki człowiek), że nie istnieje, i tym kryterium ma zmierzyć swoje życie.
Porażające są te dwa pierwsze zdania – to ich prostota i ich prawda tak działa. Ale zwróćmy uwagę na to, co kryje w sobie trzecie zdanie – człowiek za życia służący złu, człowiek, który potrafił siebie przed samym sobą usprawiedliwić (w dzisiejszym świecie inaczej się nie da…), w obecności Boga istotowo odczuwają Dobro, nie mają wątpliwości, że ono istnieje i w jego perspektywie patrzą na swoje życie:
Widzi, że niszczył to, co Bóg ukochał. Walczył z Miłością, zaprzeczał Miłości.
I teraz mogą wystąpić dwa przypadki – szczęśliwie, jeśli pierwszy z nich:
Jeżeli wtedy jest zdolny żałować, zrozumiawszy co zrobił, może być uratowany,
Gorzej, jeśli drugi:
lecz człowiek, który swoje zbrodnie zatarł, zapomniał, który jest nawet z nich dumny — bo i tak bywa — nie zobaczy nic poza „murem", którym się sam od Miłości oddzielił. I ten „mur" przyjmie jako sprawiedliwy.
A więc to człowiek siebie sądzi i to on stawia mur.
Decydujące jest więc to, jakie jest nasze serce w godzinie śmierci:
„Żal w godzinie śmierci" — to zrozumienie i pragnienie zadośćuczynienia, wyrównania, „okupienia" swoich win czy zbrodni. Wtedy Bóg dodaje do możliwości ludzkich swoją miłość. To jest czyściec.

Jednak „żal" nie powstaje tam, gdzie została zabita miłość, wyplenione współczucie i miłosierdzie. Tam króluje nienawiść, pogarda, cynizm i pycha, i człowiek przynależny jest im. W obecności Boga odczuje tylko przeraźliwy strach, zagrożenie swojego istnienia duchowego. Nie będzie mógł znieść, wytrzymać siły prawdy, miłości, dobra — Boga.

6.12.09

Świadectwo ludzi na Sądzie

30 XII 1968 r. Mówi Bartek.
— Ze mną było też tak (chodzi o wstyd za swoje „osiągnięcia życiowe" — po zobaczeniu ich w prawdzie), ale byli także ludzie, którzy świadczyli za mną; ci, których broniłem, towarzysze walki, przyjaciele — oni mówili o mnie dobrze, z miłością, z wdzięcznością za pamięć, za obronę ich imienia, i wszystko, cokolwiek zrobiłem dobrego, było też jawne. O wielu sprawach nawet nie pamiętałem ani nie przyszło mi do głowy, że są „ważne", bo działałem często spontanicznie.
Rany i blizny też „mówią", o ile nie ciągnięto z nich korzyści. Ale wiesz, co jest najważniejsze? Dla każdego! To, że się kochało to, co człowiek sam wybrał jako miłości godne. Im bardziej, wytrwalej, mocniej się kocha — pomimo wszystko — tym lepiej dla każdego człowieka. Nie wolno dać w sobie zabić miłości. To jest jak ogień, znicz. Gdy się go zgasi, pozostaje się w ciemności samemu ze sobą, dla siebie, „dookoła" siebie — to już lepiej nie żyć. Widzisz, w moim życiu „pomimo wszystko" było bardzo ciężkie i długotrwałe. Nie szedłem, a „wlokłem" się, wreszcie czołgałem już po ziemi, ale ze światłem, tak jak żołnierz z bronią. I to było ważne.
Jeszcze raz:
Ale wiesz, co jest najważniejsze? Dla każdego! To, że się kochało to, co człowiek sam wybrał jako miłości godne. Im bardziej, wytrwalej, mocniej się kocha — pomimo wszystko — tym lepiej…



2.12.09

Talent

Wiedz, że każdy „talent" jest ciężką odpowiedzialnością wobec Pana. Darmo dany, powinien być darmo dawany, a więc obrócony nie na przynoszenie korzyści i chwały obdarowanemu, a na służenie nim braciom. Im mniej czerpiesz osobistej korzyści, tym większa jest w darze twoim chwała Boża, którą głosić powinien każdy Jego dar.

Bywa, że ktoś obdarzony talentem, zawłaszcza sobie ten talent; uważa, że wszystko sobie zawdzięcza i wszystko mu się należy… Znacie to?

Ale bywa również, że ktoś tego talentu w sobie nie dostrzega. Marnuje go, bo przyjmuje do siebie przejawy zazdrości i zawiści – czyjeś zdanie o słomie staje się ważniejsze od realnych efektów wcześniejszej pracy. Tak zniknęły blogi Basi.

29.11.09

Czyściec — Bóg oczekuje nas z utęsknieniem

Na ziemi nazywamy czyśćcem stan oczyszczania się ze wszystkiego, co przeszkadza przyjąć miłość Boga całym sobą, czyli oddać się Bogu jako Jego prawdziwe dziecko, już na wieczność nierozłączną z Nim. Ale czyściec może być przedsionkiem nieba — w nim mieszka miłość Boga (gdyż cały świat duchowy, w tym i czyściec, ogarnięty jest Jego miłością) i odpowiadająca na nią nieskończona wdzięczność i radosne oczekiwanie człowieka.
Każdy człowiek wnosi ze sobą swój zasób miłości, i to jest tu jedyna własność — reszta to kajdany, łańcuchy i ciężary opóźniające dążenie do zupełnego oczyszczenia się z nieczystości dla wszystkich jasno widocznych, cuchnących, odrażających, budzących wstręt i przerażenie „właściciela". Gdybyście widzieli jak „wygląda" grzech!
Im więcej miłości, tym szybsze oczyszczenie, tym większa tęsknota i miłość — a pewność miłości Boga potęguje pragnienie bycia z Nim. Słyszałaś już, że czyściec jest jedynym „miejscem", gdzie istnieje cierpienie i szczęście razem. Tak, szczęście ze świadomości, że jesteśmy i byliśmy zawsze kochani, że On pragnie nas mieć i oczekuje nas z utęsknieniem, a cierpienie z powodu poznania siebie, istoty stworzonej do szczęścia, obdarowanej niezmiernie i niezasłużenie, a niewdzięcznej, głupiej, marnującej wszelkie okazje i szansę, szkodzącej sobie i innym.
Nie ma człowieka, który by nic nie roztrwonił z darów otrzymanych, ale Pan nasz wie, jak świat niszczył nas i tumanił, jak jedni drugim szkodziliśmy; dlatego usprawiedliwia nas i wybacza nam to, czego sami sobie wybaczyć nie możemy. On leczy nas swoim współczuciem, miłosierdziem, dobrocią. Szczególnie zaś wspaniałomyślny jest dla skrzywdzonych i dla tych, którym sam dał mało. Chorzy psychicznie i upośledzeni w jakikolwiek sposób mają całą Jego miłość i naprawdę można im zazdrościć pełni nagradzającej miłości Pana.

Jeszcze raz kilka myśli:

Każdy człowiek wnosi ze sobą swój zasób miłości, i to jest tu jedyna własność — reszta to kajdany, łańcuchy i ciężary opóźniające dążenie do zupełnego oczyszczenia się z nieczystości…
Innymi słowy miłość, to jedyny skarb, jaki możemy zgromadzić tu na ziemi.

Słyszałaś już, że czyściec jest jedynym „miejscem", gdzie istnieje cierpienie i szczęście razem. Tak, szczęście ze świadomości, że jesteśmy i byliśmy zawsze kochani, że On pragnie nas mieć i oczekuje nas z utęsknieniem, a cierpienie z powodu poznania siebie, istoty stworzonej do szczęścia, obdarowanej niezmiernie i niezasłużenie, a niewdzięcznej, głupiej, marnującej wszelkie okazje i szansę, szkodzącej sobie i innym.
niewdzięcznej, głupiej, marnującej wszelkie okazje i szansę, szkodzącej sobie i innym – tacy jesteśmy. Ale mając tego świadomość możemy starać się ograniczać własną głupotę, możemy starać się wykorzystywać te szanse, które przynosi nam Bóg i możemy być za to niepomiernie wdzięczni. Ma to później wpływ na proporcje między naszym szczęściem, a naszym cierpieniem w czyśćcu.

Nie ma człowieka, który by nic nie roztrwonił z darów otrzymanych, ale Pan nasz wie, jak świat niszczył nas i tumanił, jak jedni drugim szkodziliśmy; dlatego usprawiedliwia nas i wybacza nam to, czego sami sobie wybaczyć nie możemy.


26.11.09

Aby móc spotkać się z Bogiem

21 X 1983 r. Mówi Matka.

Czyściec nie jest „miejscem", a „stanem", ale stan jak gdyby „odległości" od Boga zmienia się; „odległość" jest też określeniem umownym. Bóg kocha nas całkowicie i bezwarunkowo, lecz człowiek, aby móc spotkać się z Bogiem (już w wieczności), musi też kochać — co prawda miłością darowaną przez Pana, ale uproszoną, przyjętą zezwoleniem, aby „przepaliła" całego człowieka i wypełniła go (każdego wedle jego miary pełni). Mówię „przepaliła", gdyż na ziemi miłość do Boga człowiek przyjmuje i rozwija w sobie, pracuje nad tym, aby miłość Chrystusowa rosła w nim — i w miarę pragnienia i stałych wysiłków tak się dzieje.
Natomiast tu, w naszym świecie, gdzie czas nie istnieje, a skończyły się też szanse przezwyciężania pokus, wyboru i pokonywania trudności (których terenem jest tylko życie na ziemi, życie związane z czasem i materią, a także z obecnością czynnie atakujących sił zła), tu wszystko, co nie zostało uświęcone przez Miłość, oczyszcza się przez „wypalenie", unicestwienie w człowieku wszelkich narośli duchowych. Człowiek w czyśćcu ogołaca się sam z błota, brudu, kurzu, a niekiedy z ogromnych „tobołów szmat", w które zdołał się przyoblec na ziemi.

23.11.09

Miłość wiele tłumaczy

3 XI 1974 r.
— Wszystkie motywy są tu — w niebie — jawne, nikt tu nic ze swojej motywacji nie ukryje. Żadna rana zadana bliźniemu nie ginie, ale oświetla tę osobę, która ją zadała. Jeśli popełniała czyny niegodne nawet względem rodziny, będzie jej podwójnie ciężko, tym bardziej, że nie tłumaczy jej miłość. Żebyś wiedziała, ilu ludzi ona tłumaczy, gdy jest. Nawet, gdy jest źle rozumiana, źle „umieszczona", ale gdy jest, tzn. gdy z zaparciem się siebie, kosztem siebie (nawet w drobiazgach) czyni się coś dla innych.
Bóg przez całe nasze życie chce nas uczyć miłości i nawet wtedy, gdy nasze wybory dalekie są od miłości, On cały czas podsuwa nam miłość… Nawet, gdy pierwotnie kierowała nami pożądliwość (czyli chęć posiadania, zawłaszczenia sobie kogoś), to On uczy nas rezygnacji z siebie…

20.11.09

Piekło — stan nieustającego cierpienia

Bóg przenika wszystko, ale Jego światło i blask dla duchów zła staje się cierpieniem nie do zniesienia, dlatego usiłują one znaleźć się od Niego „jak najdalej" — lecz i tak żyją w Nim, bo nic poza Bogiem istnieć nie może. Dam ci takie podobieństwo. Jak wiesz, we wszechświecie oprócz galaktyk i próżni (względnej) pomiędzy nimi istnieją tzw. „czarne dziury" — miejsca, w których straszliwa siła ciążenia zwija się ku ich centrum, a każde ciało, które by znalazło się w orbicie tych sił, wciągnięte zostanie w głąb, ku zniszczeniu, już bezpowrotnie. W ich obrębie działa nie siła twórcza, a siła jak gdyby destrukcji, nicości. Stamtąd nic do istnienia powstać nie może. Oczywiście jest to podobieństwo dalekie.
Moce zła nie obawiają się spotkania z człowiekiem, gdyż są odeń niepomiernie silniejsze. Od czasu, gdy człowiek przez swą wolną wolę wyboru stał się im dostępny, toczy się zmaganie o każdą duszę ludzką — a każda jest odbiciem chwały Bożej, przez miłość Boga do niej, dzięki której została stworzona. I Pan dopuszcza, aby tak się działo, nie z okrucieństwa (bo każdy człowiek otrzymuje pomoc zawsze, gdy prosi), lecz aby dać człowiekowi szczęście decydowania o sobie, chwałę wolnego wyboru, pomimo wszystko, czym go moce zła łudzą (moce też przez Pana ograniczane w działaniu do możliwości człowieka). O piekle nie będę ci więcej mówił. Każdy z was doświadczał stanów udręki, a to jest ślad zaledwie stałego, wieczystego, w pełni świadomego stanu cierpienia, które jest mieszkaniem duchów złych, duchów nienawiści.

17.11.09

To czyściec

9 VI 1981 r. Mówi ojciec Ludwik.
— Przeglądałem wraz z tobą książeczkę „O życiu pozagrobowym". Autorka sama mówi, że tylko przez podobieństwo i nieprecyzyjnie może określić „tamten świat". Nasz świat duchowy, wolny i od materii niezależny, istnieje poza trzema wymiarami, dlatego pojęcia: czas, przestrzeń i miejsce nie odpowiadają rzeczywistości duchowej. To, co ona określa jako „kręgi", bliższe jest znacznie pojęciu „stany", oczywiście stany duszy. Tyle jest stanów, ile dusz ludzkich, ale ich podobieństwa zagęszczają te pojęcia, dlatego mówiła o „stanie lęku", „stanie miłości" itd. Nie są to jednak miejsca, a więc nie mogą mieć granic.

14.11.09

BOG — ŚWIATŁOŚCIĄ SUMIEŃ

7 XII 1980 r. Rozmowa z ojcem Ludwikiem o śmierci.
— Pan nasz za każdego z nas dał życie z miłości i po śmierci człowiek staje twarzą w twarz przede wszystkim z Miłością. Reszta zależna jest od odpowiedzi na tę miłość, a ona może być w jednej sekundzie tak silna, że spali wszystko, co odgradza ją od Boga. Pan, jak każdego stworzył jako byt jedyny w swojej oryginalności, tak i każdego indywidualnie przyjmuje. Oczywiście nie każdy spotyka się z Jezusem, zwłaszcza jeśli Go negował całe życie lub nic o Nim nie wiedział, ale każdy staje przed Światłem Sumień napełniony zrozumieniem, że dalsze życie istnieje, że istnieje Byt Pierwszy, który wszystko stworzył z miłości i w którym żyliśmy i nadal istniejemy. „Odległość" od Miłości, często wprost od przyjęcia i zaakceptowania Miłości jako siły stwórczej, a dalej — Boga jako osobistego Ojca i Zbawcy, odmierza człowiekowi jego odległość od Prawdy w życiu ziemskim. I określa ją człowiek sam. Jest to podstawowe działanie duszy — znalezienie swojego prawdziwego miejsca, pozycji w całości świata Bożego, którego jest żywą cząstką.
Każda istota duchowa wie, kim jest, skąd „się wzięła" i co jest celem jej istnienia i jego sensem. Jeśli człowiek nie rozumiał tego w życiu na ziemi z własnej winy lub na skutek winy środowiska, w którym żył, i władzy, jakiej podlegał — wie to po wyzwoleniu się z materii.
— Od razu...?
— Na ogół prawie natychmiast, jeśli żył według praw jakiejkolwiek religii, nawet pierwotnej, tym bardziej religii o pogłębionym obrazie Boga. Dalsze zrozumienie zależy od użytku, jaki zrobił ze swego sumienia i rozumu, czyli od własnego wkładu w określenie siebie przy pomocy władz duszy i uzdolnień ciała jako narzędzi, potem zaś od wierności wyborowi, jeśli go uczynił, wierności wynikłej z miłości, a nie ze strachu. Zdolność do miłości jest w nas podobieństwem do Ojca — otrzymał ją każdy.
— Czy upadli aniołowie i ludzie w piekle też to wiedzą?
— Piekło jest przeraźliwie świadome swego stanu i swego miejsca — poza miłością Boga; tym bardziej wszyscy inni ludzie (choć w różnym stopniu) na początku nowego życia. Jedynie Pan nasz zna sumienia ludzi na wskroś. Dlatego tylko On może być sędzią, a właściwie światłością sumienia ludzkiego, wobec której człowiek sam siebie osądza. Tylko Pan wie wszystko, tłumaczy i usprawiedliwia nas, ponieważ to On był dawcą naszych uzdolnień, warunków życia i sytuacji, które zawsze są dla każdego różne.
— Czy są tam naprawdę ciemności?
— Widzisz, są ciemności błędu przyjętego dobrowolnie dla własnej wygody lub dla usprawiedliwienia się we własnych oczach. Z samozakłamania trudno jest wyjść — te ciemności otaczały przecież danego człowieka już w życiu, żył w nich i zabrał je — musi więc znieść okres czekania i cierpienia. Jest to okres leczenia otwartych ran duszy, której sam je zadał. Dzieje się tak wtedy, kiedy ktoś miał wszelkie warunki poznania prawdy, ale ją odrzucał. Okres ten dla duszy ludzkiej świadomej i obdarzonej sprawnością jest strasznym błądzeniem na czarnej pustyni samotności, a trwa dopóty, dopóki nie zapragnie się z całej mocy poznać prawdę o sobie, choćby najgorszą. Może być nawet tak, że dany człowiek nie wie, że umarł, bo przyjąć tego nie chce. Jest tak bardzo przywiązany do siebie — ciała lub swoich dóbr — że nie daje się od nich oderwać. Bóg nigdy nie stosuje przemocy, pozwala więc dojrzewać temu, co zostało przez Niego odkupione, ale jest ciemne i ślepe — z własnej winy, podkreślam raz jeszcze.
Pan stara się uratować każde swoje dziecko. Każde jest odkupione Jego Krwią, Jego Męką. Jeśli tylko człowiek zrobił w swoim życiu cokolwiek dobrego bezinteresownie, cokolwiek kochał, czemukolwiek służył z poświęceniem, w dobrej wierze, nawet jeśliby to było złe, Bóg go tłumaczy i usprawiedliwia, a Maryja prosi i błaga, bo jest prawdziwą Matką każdego z nas. Sama jednak rozumiesz, że długotrwała zła wola nie przygotowała człowieka do wejścia do królestwa miłości i pokoju.

Może zwrócę uwagę na kilka myśli:
„Odległość" od Miłości, często wprost od przyjęcia i zaakceptowania Miłości jako siły stwórczej, a dalej — Boga jako osobistego Ojca i Zbawcy, odmierza człowiekowi jego odległość od Prawdy w życiu ziemskim. I określa ją człowiek sam.
I druga:
Każda istota duchowa wie, kim jest, skąd „się wzięła" i co jest celem jej istnienia i jego sensem. Jeśli człowiek nie rozumiał tego w życiu na ziemi z własnej winy lub na skutek winy środowiska, w którym żył, i władzy, jakiej podlegał — wie to po wyzwoleniu się z materii.
Szczególnej uwadze poświęcam słowa, które następują tuż po tamtych:
— Od razu...?
— Na ogół prawie natychmiast, jeśli żył według praw jakiejkolwiek religii, nawet pierwotnej, tym bardziej religii o pogłębionym obrazie Boga. Dalsze zrozumienie zależy od użytku, jaki zrobił ze swego sumienia i rozumu, czyli od własnego wkładu w określenie siebie przy pomocy władz duszy i uzdolnień ciała jako narzędzi, potem zaś od wierności wyborowi, jeśli go uczynił, wierności wynikłej z miłości, a nie ze strachu.
Wielokrotnie o tym pisałem, że aczkolwiek nie ma innej drogi do Boga-Ojca, niż przez Jego Syna, to nie oznacza, że tylko chrześcijanie dostąpią zbawienia. Chrystus zbawił wszystkich ludzi i każdy z nas – bez względu na wyznanie – może Go wybrać. Im mniejsze zniekształcenia w obrazie Boga wprowadza dana religia, tym łatwiej o ten wybór, bo szybciej następuje rozpoznanie, o którym była mowa w poprzednim fragmencie.
I czwarta:
Jedynie Pan nasz zna sumienia ludzi na wskroś. Dlatego tylko On może być sędzią, a właściwie światłością sumienia ludzkiego, wobec której człowiek sam siebie osądza.
Również wielokrotnie pisałem, że sąd, jaki odbywa się w chwili śmierci, dokonuje się w naszym sumieniu.
I ostatnia myśl, którą chciałbym specjalnie wyróżnić:
Widzisz, są ciemności błędu przyjętego dobrowolnie dla własnej wygody lub dla usprawiedliwienia się we własnych oczach. Z samozakłamania trudno jest wyjść — te ciemności otaczały przecież danego człowieka już w życiu, żył w nich i zabrał je — musi więc znieść okres czekania i cierpienia. Jest to okres leczenia otwartych ran duszy, której sam je zadał. Dzieje się tak wtedy, kiedy ktoś miał wszelkie warunki poznania prawdy, ale ją odrzucał. Okres ten dla duszy ludzkiej świadomej i obdarzonej sprawnością jest strasznym błądzeniem na czarnej pustyni samotności, a trwa dopóty, dopóki nie zapragnie się z całej mocy poznać prawdę o sobie, choćby najgorszą.
Jak sądzę, to najtrudniejsza sprawa dla każdego myślącego człowieka. Wiemy bowiem, że człowiek jest zdolny do samooszukiwania siebie. Inaczej – wiem, że jestem zdolny do samooszukiwania siebie. Z drugiej strony wiem, że nie wszystko, co o sobie słyszę od innych, jest spojrzeniem obiektywnym; często to spojrzenie jest skrzywione przez zazdrość, własne kompleksy, czy wręcz nienawiść… Ważne jest mieć prawdziwych przyjaciół, zatroskanych o ciebie, ukazujących prawdę o tobie nie po to, by cię poniżyć, lecz po to, byś ty nie utonął w oszustwie… Gdy utoniesz, wychodzić będziesz z tego już po tamtej stronie życia w strasznym błądzeniu na czarnej pustyni samotności.

11.11.09

Każdy z nas jest tak szczęśliwy, tak wdzięczny...

2 VII 1980 r. Spytałam Michała, czy rozmowa ze mną nie odrywa go od innych zajęć. Mówi Michał.
— Pytasz, czy to nas nie odrywa od naszych zajęć. Tu nie ma „zajęć" w ziemskim znaczeniu, bo nie ma czasu. Nic się nie kończy, nie ma terminów ani żadnego pośpiechu. Jest wciąż życie pełne radości, intensywne, a w nim mieści się też intensywność uczuć, np. przyjaźni. Chcę ci powiedzieć, żebyś się nie martwiła, że nas „zaniedbujesz". Tu, widzisz, nikt nie czuje się zaniedbany, bo każdy z nas jest tak silnie kochany przez Chrystusa, tak szczęśliwy z tego powodu, tak wdzięczny, a jednocześnie otoczony miłością i przyjaźnią innych, tak bardzo dzieli wspólną radość, tak ustawicznie poszerza swoje poznanie, rozwija się duchowo i — trudno to inaczej określić — intelektualnie, choć nie oznacza to uczenia się ziemskiego, a raczej przyjmowanie i wchłanianie prawdy o wszystkim, co nas pociąga, odkrywanie źródeł i korzeni, przyczyn i skutków we wszystkim, nie tylko w sprawach ziemskich, ale i świata duchowego. Przyjmujemy jedni od drugich, dzielimy się, a wszystko to dzieje się w świetle Bożym, w Duchu Bożym, którego wy nie znacie, aczkolwiek Jego działanie przyjmujecie i odczuwacie skutki.

Sama notka nie wymaga komentarza; powinienem jedynie powiedzieć, kim był Michał. Wcześniej była o nim tylko wzmianka w ustach Bartka, której nie cytowałem (12 V 1968):
Czy masz do mnie żal, gdy jestem przy twoich rozmowach? Mogę się podzielić z tobą moimi opiniami. Michał jest zupełnie pewny. Możesz polegać na nim. On może dużo zrobić, wielu ludzi zna i chce ci pomagać. On będzie umiał sam pracować. Możesz mieć w nim przyjaciela.
Więcej o Michale napisze Anna przy okazji wypowiedzi Bartka z 7 IV 1969:
Michał, mój bliski przyjaciel. Oficer służby czynnej, walczył we wrześniu 1939 r. i pod Narwikiem; potem jako cichociemny, oficer AK. Był też w więzieniu, trzy lata w łagrze, w kopalni węgla, stale pod ziemią. Czytał moje zapiski, sam pytał, a przede wszystkim podtrzymywał mnie na duchu i zachęcał do pisania. Patrz też rozdział IV.

Widzimy więc, że rzeczywiście zostali przyjaciółmi. Najpełniejszy opis, kim był Michał znajdziemy rzeczywiście w rozdziale IV:
19 IV 1979 r. Kilka dni po Wielkanocy miałam telefon, że kilkanaście dni wcześniej (w tym czasie chorowałam i nie wychodziłam z domu) umarł nagle na serce Michał, przez wiele lat mój najlepszy przyjaciel, który zachęcał mnie do pisania i podtrzymywał na duchu. Michał był przed wojną oficerem służby czynnej. Walczył w kampanii wrześniowej broniąc Przełęczy Dukielskiej. Dostał sie do niewoli; uciekł tak szybko, że już w październiku 1939 r. dotarł do Francji i w Coetquidan szkolił Polaków zgłaszających sie do wojska. W Brygadzie Podhalańskiej bił sie pod Narwikiem. Jako oficer AK, cichociemny, walczył na Wileńszczyźnie. Kawaler Krzyża Virtuti Militari i innych. Przeszedł półroczne straszne śledztwo w NKWD, potem łagry i kopalnie; po powrocie do Polski jeszcze wiezienie i później prześladowania. Nie mógł znaleźć pracy. Był człowiekiem służby. Nie do złamania.
Jeśli porównamy daty, to widzimy, że dzisiaj cytowana notka choć w Świadkach… występuje na początku, to chronologicznie jest najpóźniejsza.

28.10.09

Jak potrzebne są niepowodzenia [2]

Osoba, w której pycha umarła, jest zawsze spokojna i zrównoważona, polega bowiem na Bogu i ufa Mu z taką siłą, z jaką odczuwa swoją słabość, a pragnie Jego miłości (i otrzymuje ją). Zrozumienie swojej słabości jest wielką łaską, jest stanięciem w prawdzie, nie istnieje bowiem nic, czego byście mogli dokonać bez Jego wsparcia.
Kiedy człowiek przyjmie z całym zrozumieniem swój stan rzeczywisty: stan zależności (od Stworzyciela, od Zbawiciela, od Ducha Miłości, Dawcy łask), przyjmując równocześnie, że zależność ta jest zależnością miłości Ojca do dziecka (pomyślcie, czy dziecko czuje się upokorzone, że przyjmuje wszystko od rodziców, czy też jest szczęśliwe...?) — zaczyna polegać na Ojcu. I wtedy, dopiero wtedy zaczyna się przed nim otwierać nieskończony świat miłości Boga. Człowiek zaczyna żyć „w Miłości", a nie poza nią. Żyje więc prawdziwie, prawdą jest bowiem, że wszyscy istniejemy i rozwijamy się w miłości Boga, jesteśmy przez Niego ogarnięci. Wszechświaty rozwijają się w Nim, bo poza Nim nie istnieje nic.

25.10.09

Jak potrzebne są niepowodzenia

Wasze trudności polegają na tym, że każde niepowodzenie wywołuje w was rozstrój wewnętrzny, zakłócenie wszystkich władz ciała i duszy: poddaje się wasza wola, rozum natychmiast przyjmuje podsunięte wam pokusy i cali odsuwacie się od Ojca, podczas gdy właśnie wtedy należałoby oprzeć się na Ojcu z całym ciężarem niepowodzenia, który On pragnie przejąć i ulżyć wam. Taki stan duszy jasno świadczy o waszych brakach, o nieumiejętności zawierzenia Panu. A więc trzeba pracować nad pogłębieniem więzi z Bogiem. Zapewniam, że tego, kto prawdziwie zawierza Ojcu, nic nie jest w stanie od Niego oderwać.
Niepowodzenia są sprawdzianem waszej stałości; ponadto one ukazują wam, jak bardzo polegacie na sobie i jak wielka jest wasza miłość własna. To ona zadaje wam największy ból — upokarza was w waszych własnych oczach, co jest bardzo bolesne, ale zdrowe. Naprawdę zdrowe jest wszystko to, co was leczy z chorób, a najgorszą z nich jest pycha. Ona was nieustannie dręczy i niepokoi, ona sprawia, że wasze wyobrażenie o sobie bez przerwy spada, podnosi się i znów spada, nie dając wam odpoczynku.


W następnym fragmencie będzie o tym, jak to się zmienia, gdy zawierzymy.

22.10.09

Zaczyna się wysiłkiem nauki

6 III 1980 r. Mówi ojciec Ludwik.

Od was wyjść musi akt woli: zwrócenie się do Pana — wolny akt wyboru miłości, szukania jej. Jest on wysiłkiem, jak każdy wybór sprzeczny z chęciami chorej natury człowieka.
(…)
Idziecie z trudem, to prawda, bo wokół was trwa chaotyczny bieg w wielu sprzecznych kierunkach, wciąż trwa zderzanie się poglądów i postaw, ale to właśnie wy macie być Bożymi oazami spokoju. Koło was ma kształtować się środowisko ustalone w miłości Bożej, przyrastające coraz to większą masą ludzi spokojnych wewnętrznie, wiedzących przez Kogo żyją, ku czemu dążą i w Kim zakorzenieni zostali. Otóż tego braknie na razie i wam.

No właśnie - tego braknie na razie i mnie...


12.10.09

O wychowaniu Bożym [3]

Mówiłem ci, że Chrystus — Pan nasz nigdy nie porzuca nikogo, kto Mu się oddaje, ale prowadzi go ku sobie z wielką cierpliwością i wyrozumiałością, nawet wtedy, gdy takie „niemowlę duchowe" wrzeszczy, wyrywa się i wierzga. Wy wszyscy jesteście jeszcze dziećmi. Oddajecie się Jemu, a chcecie robić wszystko sami, i to tak i wtedy, jak sobie wymarzyliście.
Współpraca z Bogiem, to nie manipulowanie Jego dobrocią przez wysuwanie próśb i żądań, które On powinien spełnić, ponieważ was kocha. Nie tak! Współpraca z Nim, to zezwolenie na takie kształtowanie siebie, jakie On uzna za właściwe, zawsze i w każdym momencie dnia codziennego — bo gdzież się z Panem spotykasz, jeśli nie w teraźniejszości? Powtarzam, iż współpraca to zgoda na powierzenie siebie Bogu: pełne, stałe i ufne — słowem, oddanie się Panu poprzez pewność Jego miłości do nas.

Poprzednie fragmenty tej notki przygotowywały nas do dojrzałego wędrowania przez życie. W tym fragmencie uspokojenia zaznać mogą ci, którzy dopiero teraz dostrzegli, jak bardzo byli niedojrzali w dotychczasowym podejściu do życia. Nawet jeśli kto do tej pory chciał manipulować Bożą dobrocią, a teraz wreszcie zauważył, że tak właśnie było, wcale nie jest przegrany – Bóg się na nas nie obraża. Cały czas czeka na to, że do Niego przyjdziemy pełni ufności.


8.10.09

O wychowaniu Bożym [2]

Każde powołanie może być poprzedzone wezwaniem jasnym, silnym, często wielokrotnie powtarzanym, lub ograniczeniem czy zamknięciem wszystkich innych dróg.
Otóż stosownie do cech naszego charakteru Pan może obrać taką czy inną metodę, zawsze najlepszą dla danej osoby.
(…)
Większość ludzi sądzi, że oddaje je [tj. sprawy – mój przypisek] Panu, jeśli nie planuje daleko swoich losów. Jednak trzymają mocno to, co zdobyli, i wciąż proszą o to, co chcieliby mieć. Czy to wartości duchowe, czy materialne, będą to zawsze dla ciebie wartości, np. przyjaciele, mądry spowiednik, zrozumienie, pomoc w realizacji planów. Wszystko samo w sobie słuszne, lecz może — o czym nie wiesz — Pan chce dla ciebie wartości innych, w tym momencie twego życia bardziej ci potrzebnych dla rozwoju wzajemnego poznawania się, zaufania, miłości z Panem...?

A więc jeszcze raz powtarzam – najważniejsza jest gotowość do przyjęcia wszystkiego, co przyniesie dzień. Konieczna jest świadomość celu naszej wędrówki, a więc to, że jest nim Bóg i na wszystko, co nas spotyka, musimy patrzeć w tej właśnie perspektywie. Ale to konkretne wydarzenia dnia, a nie nasze pragnienia, są w naszym życiu najważniejsze. Nie możemy się do niczego przywiązywać w naszym życiu – pamiętacie, co Chrystus powiedział o sandałach?

Nie możemy też żyć w cieniu naszych lęków. Być może ze względu na ogólny kryzys stracę pracę (a jej utrata w moim wieku oznacza, że następnej zgodnej z kwalifikacjami już nie uzyskam), ale jeśli tak się stanie, to będzie to dla mojego dobra i dobra moich najbliższych. Nie mam więc czego się lękać – nie muszę kurczowo trzymać się tego, co mam.

Mogę włożyć na nogi sandały.

4.10.09

O wychowaniu Bożym

6 II 1980 r. Mówi ojciec Ludwik.

— Pan nie jest „dobrym Tatusiem", który zawsze spełnia nasze życzenia, przynajmniej te najprawidłowsze, teoretycznie konieczne dla duchowego rozwoju. Bóg jest mądrym Ojcem, który wychowuje nas sobie, a nie ziemi, ponieważ życiem naszym jest wieczność z Nim, a nie przeżycie „dobrze" życia; przy czym „dobrze" jest zawsze wytworzoną przez nas wizją naszego rozwoju wewnętrznego i naszej służby — bywa, że zupełnie fałszywą, a zawsze odległą od planów Bożych dla nas. Po prostu my nie mamy pojęcia, kim widzi nas Bóg. W najlepszym razie widzimy drogę, po której możemy zbliżać się ku Niemu. I często mylimy się, biorąc własne pragnienia za Jego wolę.

Jesteśmy już na tyle dojrzali, że wiemy, iż to gruba przesada prosić Boga o nowe komórki, laptopy, czy samochody... No ale wspaniały chłopak, z którym można by było uczyć się miłości, to co innego. Nie mówiąc już np. o jasności umysłu przy czytaniu Słowa Bożego… I mamy na to solidne wsparcie w słowach Jezusa Proście, a będzie wam dane…

Problem więc nie w tym, by nie prosić – owszem prosić, ale nade wszystko mamy być gotowi na przyjęcie tego, co w danym dniu przyniesie nam Bóg.

Niestety nawet ta gotowość nie chroni nas przed innym niebezpieczeństwem – jakże często mylimy nasze pragnienia z Bożą wolą (a potem nawet wybierając to, co Pan nam zesłał, nigdy nie mamy pewności, czy aby przypadkiem nie były to jedynie nasze własne pragnienia – taką pewność zyskamy dopiero wtedy, gdy już będziemy na zawsze z Nim).

1.10.09

JAK KOGO POCIESZA WŁASNA MATKA, TAK JA WAS POCIESZAĆ BĘDĘ (IZ 66, 13)

23 VIII 1979 r. Mówi ojciec Ludwik.

— Przestań się obawiać Boga. Pan swoich darów nie cofa i nie liczy każdego potknięcia. Nikt z nas nie byłby tu, gdyby Bóg, Pan nasz, do nas był podobny: małostkowy, skąpy, zazdrosny, chwiejny i zmienny w swoich planach i sądach, bezlitosny dla naszych błędów i wciąż nas krytykujący. Ty przypisujesz Bogu Nieskończonemu, Największej Miłości, cechy spotykane u ludzi, także i u ciebie. Ojciec nasz prawdziwy ma dla nas tyle czułości i dobroci, tyle opiekuńczej troskliwości, tyle miłości, iż miłość najlepszej matki do dziecka jest zaledwie jej cieniem.
On nas traktuje jako bardzo malutkie dzieci. Nasza słabość, błędy i wady nie „denerwują" Go, lecz przeciwnie, potęgują Jego opiekę, Jego starania o nas. Już ci mówiłem, że tak jak matka potęguje swoją troskliwość, łagodność, cierpliwość, gdy dziecko jest chore (choćby z własnej winy), tak On postępuje z nami, gdy jesteśmy chorzy duchowo — bo grzech jest chorobą duszy. Zapewniam cię też, że na ziemi nie istnieją ludzie zawsze i całkowicie zdrowi, ponieważ „zakażacie się" wzajemnie.

27.9.09

O ANIOŁACH [3]

5 IV 1979 r. Ojciec Ludwik odpowiada na moją prośbę o wytłumaczenie, w czym anioły mogą być nam pomocne.

— Anioły? Anioły mogą wam pomóc w uwielbieniu Pana. One całe żyją w Jego blasku.
— Jakie są?
— Są „przejrzyste" — przechodzi przez nie Jego łaska, ponieważ nic nie zatrzymują dla siebie. Są indywidualnościami o wspaniałej inteligencji i wrażliwości, lecz są jak gdyby pryzmatami, które pełnię światła Bożego rozkładają na poszczególne barwy, nic nie pochłaniając. „Stoją przed Panem" zawsze, cokolwiek czynią, a wola Pana jest ich wolą, i to jest ich największym szczęściem. Są od nas inne, odrębne, lecz nie gorsze czy lepsze. Mamy z nimi tego samego Ojca i jest w nich i w nas Jego podobieństwo, a więc Jego miłość, Jego mądrość, i jest też nieustanne pragnienie służenia Mu i wielbienia Go.
— A ich stosunek do nas?
— To trudne zagadnienie. Są chóry anielskie związane bardziej z nami niż inne. Aniołowie Stróżowie istnieją i służą Panu poprzez czuwanie nad nami i opiekę. One się stale za nas modlą, póki żyjemy — na ziemi. Zawsze możesz prosić, aby ci pomagały w modlitwie, zwłaszcza uwielbienia, i w prośbach „Przyjdź królestwo Twoje". To jest ich błaganie za nami. One kochają nas „w Panu" i w Panu możliwa jest przyjaźń z nimi.

Kolejny rozdział (O Aniołach Stróżach) również dotyczy aniołów, ale jest na tyle długi, że może tylko o nim wspomnę, a tu przytoczę jedynie drobny fragment:

Aniołowie to byty duchowe, które nigdy nie żyły „w materii". Dlatego obce im są odczucia zmysłowe, a także potrzeby naszych ciał. Dostrzegają je, ale nie potrafią ich „odczuć".
— Jak więc mogą czuwać nad nami?
— Mogą. Po pierwsze dlatego, że Pan im taką służbę powierza, a więc starają się wypełnić ją jak najlepiej; wiedzą też, jaką każdy z nas ma wartość w oczach Pana i jak jest przez Pana kochany. Po prostu są tak samo bytami stworzonymi z miłości jak cała ludzkość. Są mieszkańcami domu Boga i wiedzą, że takie jest też nasze przeznaczenie, są więc naszymi prawdziwymi przyjaciółmi.
Po drugie, one widzą nieprzyjaciół naszych, więc nie walczą z nimi tak „ślepo" jak my. Znają ich i odczytują ich zamiary względem człowieka, a tych, którymi się opiekują — bronią i osłaniają, proszą za nich i przepraszają Pana w ich imieniu.

I jeszcze jedna myśl następująca bezpośrednio po tamtej:

Nie wkraczają w wolną wolę człowieka i nie łamią jej, tak samo jak nie może tego uczynić żaden duch zły, ale przeciwstawiają im swoje oddziaływanie wspomagając głos sumienia, przypominając o Bogu, o naszych obietnicach, dobrych zamiarach, powinnościach. Mogą nas ostrzegać i zwracać uwagę na zaniedbania, niebezpieczeństwa, zagrożenia, budzić naszą czujność, a także bronić naszego życia. Bo wiedzą, kiedy przychodzi czas naszego odejścia (czyli że to już jest pora wedle woli Pana); natomiast wcześniej osłaniają nas.



31.7.09

O ANIOŁACH [2]

22 VIII 73 r. Mówi ojciec Ludwik.

— Masz kłopoty z przyjęciem mojego określenia, że „anioły nie mają sumienia ani woli". Odnosi się to do ludzkiego pojmowania tych władz. Otóż natura ludzka duchowa obdarzona została sumieniem i wolą. Są to jej władze duchowe. Sumienie to głos Boży w nas, głos nieomylny, jasno wskazujący nam drogę postępowania etycznego. Znaczy to, że sumienie nie określi ci np., który z dwóch systemów filozoficznych jest słuszny, a który nie, natomiast od razu poczujesz niepokój i niezadowolenie, postępując sprzecznie z prawami Bożymi, np. z prawem miłości bliźniego. Sumienie jest tą władzą naszej natury duchowej, która pozostaje nie skażona grzechem pierworodnym, ale może zostać zagłuszona, praktycznie zniszczona, „unieszkodliwiona" złą wolą.
Aniołowie mają naturę duchową odmienną od ludzkiej. Trudno by ci było zrozumieć istotę tej odmienności, która czyni z nich byty duchowe absolutnie różne od nas, aczkolwiek również stworzone i współżyjące z Bogiem we wzajemnej miłości, kochające Go całą pełnią swej natury duchowej, bezgranicznie Mu oddane i współdziałające z Nim w Jego planach i wedle Jego woli. (...)
Duchy czyste — aniołowie — jako byty stworzone z miłości przez Ojca-Stwórcę, pojmują w prawdzie swoją zależność od Niego. Część z nich przyjęła tę prawdę, inna zaś część ją odrzuciła: odrzuciła zależność, zaprzeczając poznanej rzeczywistości. W tym znaczeniu aniołowie mają wolę, ale wolę utrwaloną dobrowolnie w oddaniu się Panu i Ojcu. Byty duchowe istnieją poza czasem, dlatego wolny wybór ich pozostaje utrwalony w wieczności i nie podlega wahaniom. W tym znaczeniu stan aniołów bliski jest naszemu stanowi w Chrystusowym królestwie miłości, tu, w niebie.
Sądzę, że rozumując przez analogię łatwo to przyjmiesz, gdyż masz utrwalone przekonanie, że my, triumfująca część Kościoła Chrystusowego, nigdy swego wyboru nie żałując i posiadając nadal wolę, łączymy się z wolą Boga na zawsze i nierozdzielnie, „albowiem słuszne to jest i sprawiedliwe" i jedynie prawdziwe.
Archaniołowie są natury tej samej co Aniołowie; są to byty duchowe o ogromnej sile miłości, bezgranicznie oddane Panu i z Nim dzielące Jego miłość ku wszelkiemu stworzeniu, znajdujące szczęście we współpracy z Panem w Jego planach. Nie słudzy, a domownicy Jego — tak można by ich określić lepiej — wykonawcy woli Pańskiej, najbliżsi Mu, strzegący Jego praw.

Jak widać o. Ludwik wyjaśnił drobiazgowo moje wątpliwości.


29.7.09

O ANIOŁACH

20 VIII 1973 r. Mówi ojciec Ludwik.

— Chciałaś napisać o aniołach. Pomogę ci w tym. Posłuchaj. Bóg stworzył niesłychanie wielką liczbę bytów duchowych, które pozostają połączone z Nim miłością — i o tych mówimy myśląc o aniołach. Ich świadomość poznawcza nieskończenie przewyższa naszą, gdyż pozostaje nie skażona grzechem, tj. istnieją wedle myśli Bożej zamierzonej dla nich, w zgodzie z nią.
Nie możemy mieć jasnego pojęcia o istnieniu bytów różniących się naturą swą od natury ludzkiej, dlatego wszelkie wyobrażenia w tej materii są nieścisłe, a ponieważ człowiek nie może myśleć bez wyobrażeń, dlatego tworzy wyobrażenia „osób" wedle skali porównawczej ludzkiej i tylko w jej granicach. Są one z natury swej bardzo odległe od rzeczywistości, gdyż „najświętszy" człowiek również nie jest bliski aniołom; nie jest im podobny poza jedną cechą — kochania Boga z całej pełni i wszystkich mocy swej natury.
Dlatego rozpatrując nasze zagadnienie powinniśmy się oprzeć na zrozumieniu, że oprócz ludzkości istnieje nieskończona liczba bytów innych, w tym byty duchowe czyste, zrodzone z miłości Boga i połączone z Nim miłością wzajemną, żyjące Jego życiem, działające Jego wolą, którą uznały za własną. Byty te świadomie i dobrowolnie podporządkowały się Ojcu, widząc w tym swoje szczęście.
Nie jest słuszne przypisywanie aniołom cech natury ludzkiej: sumienia i woli. Bo tam, gdzie nie ma możliwości błądzenia, nie istnieje kwestia wyboru: działanie wypływa wówczas z miłości widzącej jasno.

Tym razem mam pewne niejasności. Po pierwsze jak należy rozumieć zdanie Bóg stworzył niesłychanie wielką liczbę bytów duchowych, które pozostają połączone z Nim miłością — i o tych mówimy myśląc o aniołach. Czy to istnieje niesłychana liczba bytów duchowych, z których te, które są połączone z Nim miłością, nazywamy aniołami, czy też istnieje niesłychana liczba bytów duchowych, zwanych aniołami, które wyróżniają się tym, iż pozostają połączone z Nim miłością?
I druga dotycząca woli i sumienia. Skąd wziął się szatan? Do tej pory przyjmowałem, że to anioł, który decyzją swej woli odwrócił się od Boga.
Wydaje mi się więc, że to stwierdzenie o braku woli należy przyjąć, jako podkreślenie jedności woli Bożej i aniołów.



26.7.09

O oddaniu się Panu

14 V 1978 r. Święto Zesłania Ducha Świętego. Mówi ojciec Ludwik.

Co do Elizy — otóż trzeba coś wybrać. Ona stoi wciąż na rozstajnych drogach i dlatego pełna jest niepokoju. Z jednej strony oddaje się Panu całkowicie, z drugiej dodaje: „... pod warunkiem, że Bóg spełni moje życzenia, a ja chcę mieć to i to...", czyli w ogóle nie liczy się z planami Bożymi co do niej. Skutkiem tego braku szczerego i bezwarunkowego oddania się jest zawieszenie w próżni, niepokój sumienia, rozdwojenie pomiędzy miłością siebie a Boga.
Bóg nie żąda od nikogo, aby Mu się oddał, pragnie bowiem od nas tylko bezinteresownej miłości; to ona dopiero kieruje nas ku Niemu. Miłość prawdziwa zawsze dąży do swego źródła. Jednak Eliza wchodząc dobrowolnie do ruchu odnowy okazywała, że chce być z Bogiem. I Pan pragnie przyjść jej z pomocą, wylać na nią swoją łaskę i moc, uszczęśliwić ją — o ile ona zdecyduje się zawierzyć Mu.

Zwracam uwagę, że wszystko zaczyna się od naszego pragnienia, by kochać Boga - to ona [miłość] dopiero kieruje nas ku Niemu. Miłość prawdziwa zawsze dąży do swego źródła.
To ostatnie zdanie jest prawdziwe nawet poza tym kontekstem, w którym tu występuje. Jeśli mamy wątpliwości, czy miłość, która trwa, jest prawdziwą miłością, wystarczy się przyjrzeć się temu, czy przybliża nas do Boga.


23.7.09

O darze Ducha Świętego

18 III 1977 r. Mówi ojciec Ludwik.

— Otrzymuje Ducha Świętego ten, kto pragnie służyć Bogu, kochać Go bardziej i skuteczniej pracować dla Niego, kto zdecydowany jest być Mu posłusznym, nawet gdyby to burzyło wszystkie jego osobiste plany czy perspektywy „szczęścia ludzkiego". Bóg musi mieć w człowieku wolność działania dla przygotowania go do królestwa Bożego, a także po to, aby mógł on być rzeczywiście pożyteczny swoim bliźnim.

Chcecie otrzymać Ducha Świętego? – no to macie receptę.

20.7.09

Długość życia

Wiek, którego dożywa się na ziemi, nie ma dla Boga żadnego znaczenia. Znaczenie ma tylko nasz rozwój, przebiegający u każdego z różną, właściwą mu szybkością. Długością życia dysponuje Pan tak, aby każdy mógł osiągnąć dostępną mu pełnię. On wybiera nam czas śmierci, gdy dojrzewamy.
— Wydaje mi się, że rzadko kto jest dojrzały, tzn. „święty", w chwili śmierci.
— Jeśli nawet tak jest, to na pewno Bóg wybierze moment śmierci dla danego człowieka najlepszy. Dotyczy to każdego, chociaż czasem wydaje się to nieprawdopodobne.

Bóg zachował sobie prawo decydowania o naszym życiu – zarówno o naszym poczęciu, jak i o momencie naszej śmierci. Ale nawet w tych dwóch kwestiach nie odebrał nam naszej wolności, a my tę wolność nadużywamy. Nie chcę tu rozwijać całego tematu; zwrócę tylko uwagę na kwestię samobójstwa. Kiedyś było ono bardzo mocno piętnowane; dziś już tak nie jest.

Z jednej strony to dobrze, bo to przecież nieszczęśliwi ludzie, którzy bardzo się pogubili. Z drugiej jednak strony to źle, bo łatwiej nam przychodzi decyzja o samobójstwie, a taka decyzja zawsze jest złą decyzją, jako że kłóci się z tym, co jest w tej notce. To przekonanie o wiecznym potępieniu, jakie funkcjonowało przez wieki, jest na pewno przesadzone – mocno wierzę w to, że większość z nich w ostatniej chwili wybrała Chrystusa. Nie zmienia to jednak faktu, że taka decyzja burzy misterny plan Boży, co tylko oddala chwilę osiągnięcia dostępnej mu pełni. Mało – jeśli zważyć, że dusze czyśćcowe cierpią (o czym było kilka notek wstecz), to widać wyraźnie, że decyzja o samobójstwie nie kończy cierpienia, a przeciwnie – je wydłuża.

Jeśli w tym rozumieniu intuicja mnie nie opuszcza, proszę pamiętajcie w swoich modlitwach o samobójcach – im taka modlitwa jest bardzo potrzebna.

17.7.09

Bóg nie zwraca uwagi na wiek człowieka

27 III 1977 r. Mówi ojciec Ludwik.

Widzisz, Bóg w ogóle nie zwraca uwagi na wiek człowieka (choć zna jego stan fizyczny i możliwości), ponieważ Bóg widzi nas — duchy — nigdy nie starzejących się. My dla Niego jesteśmy zawsze Jego dziećmi. Przecież wiesz, że przemijaniu podlega to, co podlega prawom fizycznym; popularnie określamy to jako materię. Świat duchowy jest ponad (i oczywiście poza), ale podkreślam: ponad prawami fizycznymi — istnieje w innych kategoriach, bez porównania szerzej, wspanialej, poza czasem rozumianym jako przemijanie, starzenie się, śmierć. Tu istnieje młodość stała, a „młodość" to radość, przyjaźń, bezinteresowność, entuzjazm, pragnienie dzielenia się wszystkim, to miłość i czystość pragnień, braterstwo, otwartość, szczerość, zachwyt, wdzięczność — słowem to, co na ziemi uważamy za atrybuty młodości, tu jest atmosferą, w której żyjemy. Ale posiadamy też cechy „dojrzałości" czy „mądrej starości", a więc mądrość, wyrozumiałość, spokój, łagodność, przenikliwość widzenia itd. Zastanawiam się właśnie, jak niewiele one znaczą w „ziemskim" rozumieniu tych pojęć, bo tu jesteśmy prześwietleni Jego miłością, mądrością i pokojem, żyjemy Jego życiem, w Jego radości — zawsze młodzi.

Ostatnie cytaty były na tyle jednoznaczne, że ich nawet nie komentowałem. Tu główna myśl też nie wymaga komentarza (i notkę umieściłem ze względu na tę myśl), ale zwrócę uwagę na sformułowanie poza czasem rozumianym jako przemijanie, starzenie się, śmierć. To sformułowanie sugeruje, że jakieś pojęcie czasu tam występuje, tyle że aż tak bardzo odległe od naszego, że dla nas nie do pojęcia. Proszę sobie przypomnieć, jak kiedyś to tłumaczyłem (snułem taką analogię jaka jest między naszym przestrzennym widzeniem i płaskim widzeniem mrówki, a niebiańskim i ziemskim odczuwaniem czasu) – to sformułowanie sugeruje, że intuicja mnie nie myliła.


15.7.09

Bóg jest Panem wolnych

20 III 1977 r.

— Pan mówi tak prosto, tak łaskawie i serdecznie. Niczego poza skruchą i miłością nie żądając, obiecuje wszystko, na wieczność. Jeden akt miłości, uznania Go Bogiem i żalu, że się tego nie rozumiało wcześniej — za wieczne szczęście... Taki właśnie jest Bóg! Nieskończona, darząca Miłość, łaknąca tylko naszej dobrej woli pokochania Go, bez której nie możemy wejść do Jego domu. Bóg jest Panem wolnych i aby nas uratować, potrzebne Mu nasze zezwolenie, ponieważ nie odbierze nam nigdy wolności, którą nas obdarował.


12.7.09

O DZIELE MIŁOSIERDZIA [2]

5 III 1976 r. Mówi ojciec Ludwik.

Centrum chrześcijaństwa stanowi Chrystus Pan, a jego sercem jest miłosierdzie, które skłoniło Go ku ludzkiej słabości i niedoli. Tylko ktoś nieskończenie wielki, nie mający granic swej szczodrobliwości, wyrozumiałości i dobroci, może być miłosiernym bez miary.
Mówiłem ci, że w miłości pełnej miłosierdzia objawia się ludzkości prawda o niepojętej dla nas naturze Boga. W Jego świecie nie ma wielkości, odległości i wymiarów, przydatnych nam, i dlatego nie da się przekazać skali porównawczej Jego nieograniczoności wobec ograniczoności naszej. Jedno tylko musisz pamiętać: z Niego jesteśmy; cała ludzkość jest Jego dzieckiem i Jego ramiona nas obejmują. Nie ma niczego poza Bogiem. Wszystko — co jest — istnieje w Nim.


9.7.09

O DZIELE MIŁOSIERDZIA

5 III 1976 r. Mówi ojciec Ludwik.

Święto Miłosierdzia będzie wielkim dniem dla całej ludzkości, ale wówczas dopiero, gdy zrozumie ona, że została uratowana, a nie że „się uratowała" — bo wbrew sobie, wyłącznie dzięki łasce Chrystusa.
Wszyscy, którzy już rozumieją Jego nieskończone miłosierdzie, powinni na nim się opierać, o nie apelować, z Nim współpracować. Nie ma służby gorętszej niż ta, gdzie współpracujemy z Chrystusem miłującym nas, nie władcą, nie sędzią, nie królem — a miłującym nas najbliższym, najbardziej kochającym nas Przyjacielem, tym, który nas kocha jak dzieci własne, jak swoją bezcenną własność kupioną własnym życiem.
Widzisz, nie mam możności wyrazić potęgi ani ognia Jego miłości. Nie da się tego przełożyć na język ludzki. Jedno ci powiem: cokolwiek zrobisz, niezależnie od tego, czy ci się uda, czy też nie, masz Jego miłość i pomoc; niedługo bowiem nic nie będzie tak ważne, jak zrozumienie tego, że Bóg nas kocha miłością swojej miary, i nie może zginąć nikt, kto tej miłości zaufa. Syn marnotrawny nie spodziewa się przebaczenia, ponieważ Ojca sądzi swoją miarką sprawiedliwości, i będąc grzeszny, trwa w odosobnieniu swojej nieufności, raniąc miłość Jego boleśniej wtedy, niż przedtem — grzesząc. Miłość bowiem nie jest atrybutem — jest istotą, duchową tkanką, naturą Boga. Jeżeli Bóg nie jest dla nas bezgraniczną płomienną Miłością, to znaczy, że czcimy bożki i wyznajemy pogaństwo pełne okrutnych mściwych potęg stworzonych na naszą miarę przez naszą marną, ograniczoną wyobraźnię.

Jeszcze raz powtórzę: niedługo bowiem nic nie będzie tak ważne, jak zrozumienie tego, że Bóg nas kocha miłością swojej miary, i nie może zginąć nikt, kto tej miłości zaufa.

5.7.09

Ludzkość obecnie

Jesteśmy jak pojedyncze nuty nieskończonej pieśni, w której każdy instrument jest innym zespołem (narodem, miastem, zakonem, związkiem) i każdy śpiewa we właściwym czasie własny wątek. Ten hymn ku chwale miłości Pana do nas i Jego miłosierdzia powinien być nieskazitelnie harmonijny cudownie czysty potężnie brzmiący — taki, na jaki Bóg zasługuje. A tymczasem to, co teraz ludzkość „wygrywa", jest przerażające. Jedne nuty są głuche, inne fałszywe, całe instrumenty fałszują. Tak mówiąc między nami, czyli gdybyśmy dalej opierali się na przenośni, to głos ludzkości obecnie jest przerażającym wyciem, i to wyciem trwogi i przerażenia, jak głos syreny samochodów gestapo. To, co ludzkość przejawia, w naszym świecie jest przeczuciem katastrofy, krzykiem lęku, grozy, bólu i obrzydzenia. Ludzkość jako całość jest jak człowiek zgangrenowany: czuje, że gnije, cierpi i miota się szukając ratunku — tyle że nie u Boga, a wprost przeciwnie. To jak granat przed wybuchem: wre, syczy — i nie ma odwrotu.
Gdyby nie miłosierdzie Boga, Jego cierpliwa i wyrozumiała miłość, Jego współczucie dla tej części ludzkości, która cierpi wraz z Nim, która kocha i przebłaguje, nie byłoby ratunku. Tylko, widzisz, On zna całość, całą ludzką rodzinę, tę teraz żyjącą i nas. A my też prosimy. Gdyby nie miłość tak silnie łącząca Boga z nami wszystkimi, ludzkość nie istniałaby już obecnie (czyli nie miałaby przyszłości). Królestwo Jego ograniczyłoby się, a plany Boże zamyślone dla nas (ludzkości obecnie żyjącej i przyszłej) byłyby przekreślone przez naszą złą wolę.
Jakim nieskończonym cudem jest miłość Boga do nas!

W tej wypowiedzi pobrzmiewały jeszcze echa wojny. Pytanie, czy dziś ta wypowiedź byłaby inna?
Obawiam się, że nie; obawiam się, że nadal aktualne jest zdanie Ludzkość … cierpi i miota się szukając ratunku — tyle że nie u Boga, a wprost przeciwnie. To od nas zależy, czy w końcu straci ono na aktualności…




1.7.09

Czyściec (podejście drugie)

Wszechświat to Boży dom. Nieskończone jest Jego królestwo, bez przestrzeni i czasu, bez śmierci, bólu i trwogi, ale każdy z nas wnosi tu siebie, i ile jeszcze jest w nas niedoskonałości, tyle może być cierpienia. Tylko jest to cierpienie wewnętrzne, nasze własne, a nie płynące z zewnątrz. Tu nikt nikomu bólu zadać nie może, ale boli nas nasza niedoskonałość. Przede wszystkim bolesne jest zmarnowanie szans, które każdy z nas otrzymał do wykorzystania, jak gdyby do „rozliczenia się", ale przecież naprawdę po to, aby przynieść Mu sobą chwałę — według swoich możliwości.

Jeszcze jeden fragment poświęcony czyśćcowi. Zwróćmy uwagę na fakt, iż w tym fragmencie oprócz tytułu nie pada słowo czyściec (a przytoczyłem pełną treść tego podrozdziału). Kluczowe dla zrozumienia jest tu zdanie Nieskończone jest Jego królestwo, bez przestrzeni i czasu, bez śmierci, bólu i trwogi, ale każdy z nas wnosi tu siebie, i ile jeszcze jest w nas niedoskonałości, tyle może być cierpienia. To w nim jest bowiem z jednej stwierdzenie, że Jego królestwo jest nieskończone - poza przestrzenią. A to oznacza, że nie da się wyznaczyć granicy przestrzennej między niebem, a czyśćcem. Faktyczna granica opisana jest w drugiej części zdania …bez śmierci, bólu i trwogi, ale każdy z nas wnosi tu siebie, i ile jeszcze jest w nas niedoskonałości, tyle może być cierpienia. Królestwo Boże jest bez śmierci, bólu i trwogi, ale nie jest bez cierpienia. Nie ma w nim jednak cierpienia, które by płynęło z zewnątrz (innymi słowy szatan nie ma żadnego dostępu do tych, którzy tam są), jest jednak cierpienie płynące ze świadomości własnej niedoskonałości. Póki nie staniemy się jako i On doskonali, będzie nam towarzyszyć cierpienie – to jest właśnie nasz czas czyśćca.

30.6.09

Czyściec

Wszechświat to Boży dom. Nieskończone jest Jego królestwo, bez przestrzeni i czasu, bez śmierci, bólu i trwogi, ale każdy z nas wnosi tu siebie, i ile jeszcze jest w nas niedoskonałości, tyle może być cierpienia. Tylko jest to cierpienie wewnętrzne, nasze własne, a nie płynące z zewnątrz. Tu nikt nikomu bólu zadać nie może, ale boli nas nasza niedoskonałość. Przede wszystkim bolesne jest zmarnowanie szans, które każdy z nas otrzymał do wykorzystania, jak gdyby do „rozliczenia się", ale przecież naprawdę po to, aby przynieść Mu sobą chwałę — według swoich możliwości.

Ile szans zmarnowaliśmy? W ile sytuacji nie weszliśmy - potoczyły się, ale bez nas. Te wszystkie niewykorzystane odezwą się w nas naszym cierpieniem.


26.6.09

CHRYSTUS NIE DAŁ MI ZGINĄĆ

25 VI 1974 r. Mówi Bartek.

— Niebo to stan nieskończonego szczęścia w pełnym zjednoczeniu z Bogiem, to życie w Życiu Bożym, udział w nim: aktywny, świadomy, niezmiernie nasycony, bogaty; to wymiana miłości, która ze strony człowieka ma możność wzrostu nieskończonego. W niebie jest tylko kierunek dośrodkowy — ku Niemu, w pełni świadomości, z pełnią pragnienia. Niebo to nie bramy ani forteca. To my jesteśmy fortecami, każdy — sobie. To od nas zależy otwarcie bram, zburzenie murów, którymi oddzieliliśmy się. Jeśli już na ziemi zrobimy to, zwalimy przeszkodę, która „nie pozwala" Bogu zbliżyć się do nas, wówczas On może nas kochać (tak jak sam tego pragnie); a jeśli da się Bogu tę możność, o resztę już można być spokojnym.

Po pierwsze mamy tu kolejne potwierdzenie tego, że niebo, to stan, a nie miejsce – stan (…) w pełnym zjednoczeniu z Bogiem. I dalej to wymiana miłości, która ze strony człowieka ma możność wzrostu nieskończonego. A następnie przepiękne zdanie: W niebie jest tylko kierunek dośrodkowy – ku Niemu, w pełni świadomości, z pełnią pragnienia. Wielokrotnie podkreślałem, że tu możemy mieć jedynie przeczucie, iż naszym zadaniem jest to, by nauczyć się kochać, a wszystko po to, móc się w pełni zjednoczyć z Bogiem – gdy już będziemy po tamtej stronie stanie się to dla każdego z nas oczywistością. Dokładnie to samo mówi nam Bartek.

Ale mówi jeszcze coś, co nie wymaga już żadnego komentarza: To od nas zależy otwarcie bram, zburzenie murów, którymi oddzieliliśmy się. Jeśli już na ziemi zrobimy to, zwalimy przeszkodę, która „nie pozwala" Bogu zbliżyć się do nas, wówczas On może nas kochać (tak jak sam tego pragnie); a jeśli da się Bogu tę możność, o resztę już można być spokojnym.



23.6.09

Pewność, że Bóg nas kocha [2]

Dziś dalsza część wypowiedzi o. Ludwika (pytanie w tym dialogu zadaje oczywiście Anna):

— (…) Jezus Chrystus zezwolił na najstraszliwszą, haniebną śmierć, ażeby stała się świadectwem prawdy Jego słów! A więc przejawiła się nam miłość w kształcie najczystszym — bezinteresowna, całkowita, aż do zatracenia siebie. Jego miłość była tak niecierpliwa, że zeszedł „do swoich", gdy świat był jeszcze nie przygotowany, gdy tylko jedna kobieta zgodziła się zaufać Bogu, gdy kilkunastu ludzi zdolnych było pokochać Jezusa i uznać Go Nauczycielem.
— Czy dziś jesteśmy już przygotowani?
— Sądzę, że i dziś byłoby „za wcześnie" z ludzkiego punktu widzenia. Ale Jezus Chrystus przyszedł nie na „przygotowany świat", ale aby świat przygotować. I dzięki Jego świadectwu obraz ludzkości jest jednak optymistyczny. Istnieje potężny Kościół powszechny którego oddziaływanie będzie coraz bardziej odciskać się na kształcie ludzkości, istnieje dla was sens życia, cel i nadzieja, a przede wszystkim zaszczepiona została ludzkości miłość jako konkret, sposób działania jednych na drugich — i tam, gdzie działa, tworzy cuda. Ale pamiętaj, że u podstawy leży pewność, że Bóg nas kocha, a to objawił nam Chrystus sobą, swoją śmiercią. Przeczytaj jeszcze raz Dzieje Apostolskie od początku, bo to, co zaszło po śmierci Jezusa Chrystusa, zaprzecza ludzkiej logice. Już nie na Nim, a na Jego słowach opierali się pierwsi chrześcijanie — na słowach potwierdzonych świadectwem śmierci i zmartwychwstania.

20.6.09

Pewność, że Bóg nas kocha

Dziś myśl krótka, ale bardzo wymowna:

Świat duchowy jest ogromny, ale i on został wyłoniony z miłości. Miłość jest przyczyną stwórczą. Miłość stoi u początku wszystkiego. Dlatego tam, gdzie przejawia się miłość, jest na pewno zawsze działanie Boga.

Nade wszystko zadanie końcowe: tam, gdzie przejawia się miłość, jest na pewno zawsze działanie Boga. Ale zwracam uwagę na argumentację, bo w niej są zawarte bardzo głębokie myśli.

Miłość jest przyczyną stwórczą. Miłość stoi u początku wszystkiego. Nade wszystko dotyczy to stworzenia świata i wszystkich istot duchowych, ale przecież skoro my kochamy tą samą miłością, to oznacza, że my również mamy udział we stwarzaniu świata. Świat się stwarza nieustannie dzięki temu, że kochamy, że pozwalamy by Bóg poprzez nas przelewał swoją miłość na drugiego człowieka!


18.6.09

BÓG W TRÓJCY ŚWIĘTEJ [2]

Jest jeden Bóg, ale w trzech Osobach, bowiem miłość w Trójcy Świętej jest wymianą energii wypełniającej trzy Osoby Trójcy. Możesz sobie wyobrazić nieustanne krążenie Energii o nieskończonej mocy i potędze? Jest to miłość zespalająca Ojca z Synem i Duchem Świętym.
Nic więcej nie mogłabyś zrozumieć. I nikt z ludzi nie może objąć spraw dziejących się w wymiarach, wobec których jesteśmy tylko pojedynczymi atomami. Dlatego trzeba przyjąć dogmat o istnieniu Boga w Trójcy Jedynego jako tajemnicę miłości Bożej w jej pełni. Wobec tej Pełni miłości, w której jest Trójca Święta udzielająca się sobie, nie jest potrzebny Bogu żaden wszechświat — nikt i nic — gdyż nic powiększyć nie zdoła istniejącej w Bogu miłości ani też jej ująć.

Wcześniej spotkałem się z taka interpretacją, że to właśnie Duch Święty jest tą miłością, która nieustannie krąży między Ojcem, a Synem. Różnica niby drobna, ale istotna, bo z niej się bierze to przekonania, iż Bóg jest osobową miłością (w ujęciu o. Ludwika miłość nie miałaby charakteru osobowego). To oczywiście jest jeszcze trudniejsze do zrozumienia i zapewne dlatego o. Ludwik w takie szczegóły już się nie wdawał. Wszak sam napisał Nic więcej nie mogłabyś zrozumieć i od razu dodaje, że nie tylko Anna, nie jest w stanie tego zrozumieć, że ta niemożność dotyczy po prostu człowieka.

Ale choć nie jesteśmy w stanie tego zrozumieć, to świadomi tego, że do niczego Bogu nie jesteśmy potrzebni, możemy się cieszyć, że jednak nas powołał do życia! I o tym właśnie o. Ludwik mówi dalej:
Dlatego też przyjmować należy z wdzięcznością i podziwem tajemnicę miłości Boga do nas — zrodzenie nas i wszystkich innych bytów powołanych do miłości, gdyż powstałych z miłości bezinteresownej, wielkodusznej i nieskończenie wspaniałomyślnej. W powołaniu nas do istnienia wyraża się dobroć i miłosierdzie miłości Bożej, Jej ojcowski charakter.

Ale posłuchajmy jeszcze, jak o.Ludwik zakończył swoją wypowiedź:
Widzisz! Wszystkie słowa są za małe i prawie nic nie znaczą wobec Prawdy. Świadczą jedynie o tym, że Prawda istnieje w swojej pełni, tajemniczej dla nas, bo nie dającej się objąć ani zmierzyć. Trzeba przyjąć, że istnieją wielkości dla nas niepojęte, a cokolwiek dotyczy tajemnicy miłości obejmującej Trójcę Świętą, a także miłości Boga powołującej z niebytu istoty duchowe, rozumne i świadome siebie (po to, aby mogły być nasycone miłością i stały się same jej dawcami w mierze dla nich dostępnej), to wszystko należy do zakresu wielkości, w których my się mieścimy, ale których nigdy nie posiądziemy. Trzeba je przyjmować w świadomości ich zawrotnej głębi i mądrości!


11.6.09

BÓG W TRÓJCY ŚWIĘTEJ

14 V 1973 r. Mówi ojciec Ludwik.
Posłuchaj uważnie. Tłumaczę to tobie po to, abyś zrozumiała, czym jest miłość.
Każda miłość jest energią udzielającą się, dążącą do wypełnienia próżni. Jest to energia duchowa, a więc udziela się bytom duchowym i jest przez nie przyjmowana aż do granic możliwości wchłonięcia jej, różnej dla każdego z nieprzeliczonej mnogości rodzajów bytów duchowych. Dawcą jest tylko jeden Bóg. Wszystkie inne byty zrodzone zostały przez Niego — z miłości, gdyż miłość pragnie mnożyć szczęście, uszczęśliwiać (w człowieku wyraża się poprzez każdą działalność twórczą). Bóg jest Istotą Miłości. On jest Tym, Który Jest, „a wszystko z Niego powstało".


W najbliższych notkach przedstawię to, co na temat Trójcy Świętej mówił o. Ludwik.

Zaczyna od nazwania miłości energią duchową. Zwracam uwagę, na to sformułowanie Każda miłość jest energią udzielającą się, bo to wyraźnie wskazuje, że tu nie chodzi o materialne rozumienie energii (energia jest formą materii, o czym każdy wie, przytaczając słynny wzór E = mc2). Po chwili zresztą o. Ludwik mówi wyraźnie Jest to energia duchowa, jakby obawiał się tego materialnego rozumienia. Ale przeczytajmy dalszą część zdania Jest to energia duchowa, a więc udziela się bytom duchowym. Wielokrotnie podkreślałem to, że miłość obejmuje całego człowieka, ale w tym sformułowaniu mamy wskazanie na początek, na zaczyn… Obejmuje ciało, ale nie zaczyna się od pożądania (rozumianego cieleśnie, a nie, jako nieodparta chęć posiadania). Obejmuje rozum, ale nie zaczyna się od aktu woli. Zaczyna się od ducha!

Czytajmy dalej i jest przez nie (t.j. byty duchowe) przyjmowana aż do granic możliwości wchłonięcia jej, różnej dla każdego z nieprzeliczonej mnogości rodzajów bytów duchowych. A zatem po pierwsze miłość dotyczy wszystkich istot duchowych – nas ludzi, ale także aniołów, w tym upadłych aniołów. Jednak trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że różne są granice możliwości wchłonięcia tej miłości. Wiemy, że szatan nie przyjmuje tej miłości, ale jednocześnie wiemy, że nie chce jej przyjąć. Bóg każdej istocie duchowej udziela swej miłości, ale ile tej miłości jest, zależy od tego, ile jej ta istota przyjmie. Bóg napełnia nas nią do granic możliwości wchłonięcia.

Kolejne zdanie to Dawcą jest tylko jeden Bóg. Doskonale to wiemy, ale obawiam się, że aż nazwyt często banalizujemy to zdanie – nie zauważamy jego konsekwencji. A z tego przecież wynika, że jeśli tylko jesteśmy pewni, że przeżywamy miłość, to wiemy kto ją w nas rozbudził!

I wreszcie zakończenie tego wątku: Wszystkie inne byty zrodzone zostały przez Niego — z miłości, gdyż miłość pragnie mnożyć szczęście, uszczęśliwiać (…). Bóg jest Istotą Miłości. On jest Tym, Który Jest, „a wszystko z Niego powstało". Główna myśl nie wymaga żadnego komentarza, ale zwrócę uwagę – jeśli nie wiesz, czy kochasz, spytaj siebie, czy ty pragniesz mnożyć szczęście, uszczęśliwiać (byle nie na siłę, tak jak i On nie uszczęśliwia nas na siłę).



7.6.09

Braterstwo w Bogu [2]

Teraz wyobraź sobie tak: to co nieśmiertelne i niewidzialne rozwija się przez wieki pracą fizyczną w materii (acz nie dla materii) wykonywaną przez istoty przemijające w szeregu pokoleń, z których każde coś od siebie dobudowuje. Wyobraź sobie gmach Katedry tak wielki, że buduje się go już dwa tysiące lat. Mrowie robotników się roi, każdy coś tam dłubie, jakiś malutki szczegół, często nie zdając sobie sprawy z tego, gdzie i do czego on będzie służyć. Cała budowla pokryta jest tak gęsto siecią rusztowań, że nikt jej kształtu nie odgadnie. Nie zmienia się tylko Architekt. On rozdaje robotę i wskazuje miejsce pracy, każdemu według uzdolnień. Ale czyż Architekt, który wie czego pragnie i zna przyszły kształt budynku, może każdemu z dniówkowych robotników tłumaczyć całość budowy? Trzeba zaufać temu, który plany stworzył, tym bardziej że dla nas buduje. On ma królewski dom!
Teraz zrozum, przyjdzie czas, kiedy rusztowania spłoną, opadną i ujawni się całe piękno Katedry: ona sama, a nie jej przyobleczenie. Będzie „ziemia nowa", przemieniona, przesycona Duchem, wieczna już, gotowy dom ludzkości ofiarowany Bogu. I jeszcze coś, każdy robotnik będzie sam „cegłą" w tej budowli. Jesteśmy istotami duchowymi, wiecznymi, ale jesteśmy związani z ziemią, ponieważ kochamy się. Ludzkość jest rodziną!


Powtórzę:
Trzeba zaufać temu, który plany stworzył...


4.6.09

Braterstwo w Bogu

Rozwój wewnętrzny człowieka jest rozwojem w nim miłości Bożej, a więc rozwojem jego osobowości w obecności Bożej, jest zezwoleniem człowieka, aby w nim i poprzez niego działał Bóg, tak jak zechce sam. Jest to więc złożenie własnej woli w ręce (przebite ręce!) Chrystusa, zaufanie za Zaufanie (obdarzenie nas pełnią wolności), miłość za Miłość, zakiełkowanie w nas ziarna złożonego w każdym z nas w chwili narodzin, początek rozwoju — wrastania w życie wieczne, które jest współżyciem z Bogiem! Tu, w wieczności każdy z nas współuczestniczy w życiu Boga, każdy indywidualnie współżyje z Nim, jak dziecko w domu Ojca, a ponieważ Ojciec jest jeden — wszyscy jesteśmy braćmi! Braterstwo „w Bogu" jest jedną z najcudowniejszych, najbardziej oszałamiających rzeczywistości w naszym życiu!

Tu jest tyle treści, że właściwie moja rola powinna sprowadzać się jedynie do tego, by do tego tekstu powprowadzać pauzy. Dźwięk musi kontrastować z ciszą, by dobrze wybrzmiała jego pełnia.
A więc zaczynam: Rozwój wewnętrzny człowieka jest rozwojem w nim miłości Bożej – nie szukajcie swojego rozwoju w niczym więcej - jest rozwojem w nim miłości Bożej.
A teraz trochę więcej: Rozwój wewnętrzny człowieka jest rozwojem w nim miłości Bożej, a więc rozwojem jego osobowości w obecności Bożej, jest zezwoleniem człowieka, aby w nim i poprzez niego działał Bóg. Pamiętajcie – nie po to Bóg dał nam wolność, by jej teraz nie szanować – Bóg niczego nie robi wbrew naszej woli (choćby mógł; szatan też niczego nie robi wbrew naszej woli, ale tylko dlatego, że nie jest w stanie - dlatego tak skwapliwie korzysta z podstępu, z kłamstwa). Na wszystko, co się z nami dzieje
(i dobrego i złego) musi być nasze przyzwolenie. Ale zwróćmy uwagę również na końcówkę tego zdania - w nim i poprzez niego - To nie jest pusty slogan, gdy mówimy, że jesteśmy tylko narzędziami w rękach Boga. Działanie Boga zawsze ma dwa wymiary – jeden, dotyczący nas samych (rozwój wewnętrzny) i drugi Jego działania poprzez nas dla innych.
I wreszcie sama końcówka tego zdania: tak jak zechce sam. Nam najczęściej wydaje się, że wszystko wiemy najlepiej – a to nieprawda – Tylko On wie; my możemy się co najwyżej domyślać, mieć jakieś niejasne przeczucie…

26.5.09

TO JEST NASZA WSPÓLNA DZIAŁALNOŚĆ W OBRĘBIE KOŚCIOŁA CHRYSTUSOWEGO

19 X 1969 r. Mówi Matka. (pytanie zadaje Anna)

— A czyściec?
— Kościół Cierpiący obejmuje niezliczoną ilość osób, które w chwili śmierci nie miały „szaty godowej", ale apelowały do Jego miłosierdzia, i które On przyjął, gdyż zawsze przyjmował, przyjmuje i będzie przyjmował każdego, kto Mu zawierzy, kto bronił Jego praw lub starał się czynić dobro, niezależnie od tego, czy rozumiał, czemu to czyni i kogo broni. Nie ma ścisłej granicy oddzielającej nas od siebie (już po śmierci ciała, poza życiem w materii), o ile Chrystus ogarnął nas swoją opieką. Jest oczyszczanie się, wzrost zrozumienia, poznania, dążenie do zadośćuczynienia, do zasłużenia na miłość, z jaką się człowiek po śmierci spotyka. W czyśćcu trwa cierpienie, żal i wstyd, ból zabijanej miłości własnej człowieka, ból rozpadającej się pychy, śmierć złudzeń o własnej wyolbrzymionej wielkości, ale jest nadzieja nieba, pewność przebaczenia i miłości Boga do cierpiącego, świadomość wielkości Jego miłosierdzia. Jest też możność pomagania wam.

Po raz kolejny słyszymy o czyśćcu – zawsze to samo: to nie jest miejsce, to jest stan; stan, w którym dana osoba ulega oczyszczeniu, której miłość dojrzewa.

23.5.09

JEZUS NIE POTĘPIA, NIE GARDZI, NIE BRZYDZI SIĘ NAS... [2]

Dalsza część wypowiedzi Bartka:

… W sprawach cudzych powinnaś być „nachalna". Ja walczyłem o cudze sprawy, chętnie ci pomogę. Odwołuj się do Niego we wszystkim, ze wszystkimi sprawami; nie ma zbyt błahych lub „głupich". Jeśli się komuś wierzy i ufa w pełni, zwraca się zawsze, w każdej sprawie. Widzisz, to jest jedyny sposób odpowiedzi na Jego miłość. Na inny nas nie stać, ale polegać na Nim, ufać Mu i prosić Go — możesz.
— A ty czy tak robiłeś?
— Ja nie rozumiałem. Raniłem bezustannie i znieważałem Jego miłość zwątpieniem, odrzucaniem Jego pomocy, Jego ratunku, którym przecież byłaś i ty. Wszystkie Jego próby ocalenia mnie zmarnowałem. Uwierzyłem dopiero tu, widząc, wiedząc i rozumiejąc — jak Tomasz. Chrystus uratował mnie po prostu wbrew mnie samemu. Bo jeśli się Jego unika, znienawidzi się wreszcie i siebie, tak jak ja to zrobiłem.
Proszę cię, to nie są „morały". Chciej mnie zrozumieć. Tak pragnę, żebyś była szczęśliwa, żebyś nie straciła możliwości współdziałania z Nim, póki masz czas, żebyś wykorzystała wszystkie szansę, które On ci daje. Przyjmij je. Naprawdę mało osób może tak rozmawiać, jak my. Czyż mam nie wykorzystać takiej możliwości dopomożenia ci...?
Proszę cię, uwierz mi. Daj sobą kierować, daj się prowadzić; pytaj i słuchaj. Po prostu pozwól się kochać! Wtedy będziesz mogła zrobić bez porównania więcej dla was i dla nas, a przecież chcesz tego? A Jemu się należy cała twoja miłość, całe serce, wszystkie myśli, tak jak ty masz Jego serce.

Oczywiście ta notka jest nade wszystko ze względu na główną myśl Bartka, która jest tak jasna i czytelna, że nie wymaga żadnego komentarza. W komentarzu zwrócę jednak uwagę na pewne drobiazgi, których można nie zauważyć. Po pierwsze chcę zwrócić uwagę na zdanie: Bo jeśli się Jego unika, znienawidzi się wreszcie i siebie – to bardzo charakterystyczne zdanie. Po drugie zwrócę uwagę na zdanie: Naprawdę mało osób może tak rozmawiać, jak my. Ludzie, którzy są po tamtej stronie, pomagają nam, podsuwają pewne nam pewne myśli, które my możemy odrzucić, lub przyjąć za swoje – jednak to się dzieje w sposób dla nas niezauważalny..


20.5.09

JEZUS NIE POTĘPIA, NIE GARDZI, NIE BRZYDZI SIĘ NAS...

23 IV 1969 r. Mówi Bartek.

Chrystus, widząc naszą miłość zwróconą ku innym — nie ku nam samym — nie chce pamiętać nam naszych nawet ciężkich win. Wita nas jak Ojciec swoich prawych synów. Bo tak jest, że jeśli pokonamy swój egoizm, odsuniemy swoją wygodę, swoje „dobro" na rzecz dobra dla innych, szerszego — działamy już nie sami, a w imię Jego miłości, jesteśmy Jego Ducha, jesteśmy Jego rzeczywistymi synami przyznającymi się do synostwa i świadczącymi o Ojcu. A On przyznaje się do nas.
I pamiętaj o tym, że On wychodzi naprzeciw, niesie nasz krzyż, uczestniczy, wspiera, dodaje sił.
(…)
On jest wszystkim: Ojcem i Matką, Bratem i Przyjacielem, kimś, kto cię zawsze zrozumie, zawsze usprawiedliwi, kocha pomimo wszystko, co byś zrobiła, i tylko współczuje. On nie potępia, nie gardzi, nie brzydzi się nas. Kocha tak, że ślepy jest na wszystkie nasze występki, odrzuca je.
Poczuj się naprawdę Jego dzieckiem. Spróbuj, chciej. Nie bój się i nie wstydź, wzywaj go nieustannie, radź się, proś, polecaj, chciej być z Nim, chciej kochać! Przyjmij jako pewnik, że jesteś kochana całkowicie i bezgranicznie, zawsze, stale jednakowo; nie że jesteś tego warta, ale że On inaczej nie umie. Kocha całym sobą, całą potęgą swojej miłości. Jest Nią!

17.5.09

Zachód słońca

Mówi Bartek:

Zrozum, Jego królestwo — to nie oderwanie nas, pozbawienie, odebranie nam czegokolwiek, cośmy darzyli miłością, a co jest Jego tworem, bo On się z nami dzieli, udostępnia nam wszystko swoje. Kto wejdzie do Jego królestwa, jest synem Bożym, dziedzicem, współposiadaczem wszystkiego, co Jego — czyli bezgraniczności. Cokolwiek istnieje, jest tworem Jego miłości, Jego natury twórczej, rozwijającej, wciąż darzącej, uszczęśliwiającej, dającej. Bóg jest Dawcą.
Czy teraz rozumiesz proporcje naszych cierpień i wysiłków w stosunku do Jego miłości? Otrzymujesz wszystko — za nic; nieskończone szczęście — za co? Właściwie za wszystko złe: obojętność, głupotę, lenistwo, upór — bo pomimo to, czym jesteś, On cię kocha! Bo Jego miłość jest ponad wszystkie nasze małe, bardzo małe i nędzne błędy. Jego miłość jest oceanem bez dna i granic, który pragnie przyjąć i otoczyć miłością swoją, dobrem, szczęściem wszystko, co biedne, samotne, nieszczęśliwe, co jeszcze nie objęte. Tylko pragnienie, tylko wezwanie, tylko te trochę miłości, którą możemy dać my, wystarcza, by cała potęga nieba stanęła przy tobie.
Naprawdę, taka miłość do takich tworów jak my jest niepojęta, jest tajemnicą Boga. Nie mam możliwości wyrazić jej ani nawet pojąć Jej ogromu. Tu wszystko nas przerasta.

Jeszcze raz powtórzę jedno zdanie: tylko te trochę miłości, którą możemy dać my, wystarcza, by cała potęga nieba stanęła przy tobie. Czyż to nie jest cudowne?



14.5.09

,, Nurek"

8 XI 1980 r. Mówi Bartek.

— Pytałaś o artystów. Widzisz, każdy człowiek jest choćby w minimalnym stopniu twórcą — jak Ojciec, Pan nasz jest Stwórcą. Tu, w stanie ciągłego wzrastania, rozwoju rośnie też potrzeba twórczości. Przyjmujecie nieustannie nasze inspiracje we wszystkich gałęziach twórczości, a są one nikłym śladem ich autentycznej wspaniałości w naszym świecie.
Kiedyś mówiłem ci, że zmysły to narzędzia służące do poruszania się, życia i pracy w środowisku ziemskim (dawałem za przykład przebywanie pod wodą nurka), ale po wyjściu na ląd są one niepotrzebne, zawadzające.
Naturalnym środowiskiem człowieka, do jakiego był on przeznaczony, jest królestwo Boże, nasz świat, ale nie znaczy to, że człowiek zmienia się wchodząc tu, podobnie jak nurek jest tą samą osobą zdejmując skafander, a tylko zaczyna żyć „normalnie", podczas gdy pod wodą poruszał się ociężale, mało widział, nic nie słyszał i był połączony przewodami, czyli ograniczony do małego terenu, małej głębokości i krótkiego czasu przebywania tam. Po wyjściu na ląd staje się wolny, swobodny, lekki, a świat przyjmuje bezpośrednio, a nie poprzez przyrządy. Zmysły potrzebne są ciału — temu ciężkiemu skafandrowi nurka.
Tu wszystko chłoniemy sobą, ale wrażliwość na wszelakie piękno pozostaje, bo jest naszą cechą człowieczą. Ona wzrasta i piękno stokrotnieje, ale człowiek je nadal wysławia, z tym że wie, kto jest Dawcą, i do Niego odnosi swój zachwyt i wdzięczność.

Gdy pisałem komentarz do pierwszej części Artystów w niebie jeszcze nie znałem tej wypowiedzi. Myślę, że ona potwierdza moje przypuszczenia.

10.5.09

Artyści w niebie [2]

W dalszym ciągu mówi ojciec Ludwik:

…bo ja, podobnie jak ty, odczuwałem pragnienie przeżycia i nasycenia się pięknem ziemi. Może zacznę od tego, że my istniejemy poza czasem. Znaczy to, że nie tylko przyszłość, ale i przeszłość w stosunku do nas nie ma znaczenia przebiegu w czasie i przemijania. Dotyczy to wszystkiego, co nazywamy materią. Świat nasz ją niejako przenika: jesteś tam, gdzie pragniesz być i w tym „czasie", w którym chcesz być, ponieważ dla nas on „jest", a nie „przeminął i zniknął". Dotyczy to również ziemi, tak że cokolwiek zostało stworzone, w tym my możemy —jeżeli zechcemy — być i uczestniczyć w pełni wedle praw naszego świata, a świat duchowy, to wolność w miłości Stwórcy, Jego wolność, w której z Jego miłości uczestniczymy.

Czyż to nie cudowne?


4.5.09

Artyści w niebie

3 V 1974 r. Mówi ojciec Ludwik.

(…)
Tu piękno jest nieporównywalne z ziemskim, ponieważ wrażliwość ducha ludzkiego nie jest ograniczona zasięgiem zmysłów. Tym niemniej nie jest to piękno, które można opisać (z braku odniesienia), ale można je odczuwać i wysławiać z coraz to rosnącym zachwytem. Szczęście artystów jest w zrozumieniu logiki, harmonii i mądrości, z którą uzewnętrznia się zamysł Boży w materii wszechświata.

Dziś wybrałem drobny fragment wypowiedzi, bo jest to akurat fragment, który łatwo można przeoczyć (szczególnie przy szybkim czytaniu), a zawiera on bardzo ważne informacje. Zacznijmy od pierwszego zdania: Tu piękno jest nieporównywalne z ziemskim, ponieważ wrażliwość ducha ludzkiego nie jest ograniczona zasięgiem zmysłów. My doznajemy piękna za pośrednictwem zmysłów – nic odkrywczego w tym nie ma. Ale w tym zdaniu jest jednocześnie stwierdzenie, że właśnie to stanowi dla nas ograniczenie. Jeśli zważyć, że Tu piękno jest nieporównywalne z ziemskim, to oznacza, iż ten sposób poznania pozazmysłowego, jaki staje się dla nas dostępny wówczas, gdy jesteśmy już po tamtej stronie życia, dotyka tego, co jest istotą piękna. I dopiero gdy to sobie uświadomimy, powinniśmy odczytać dalsze zdania …nie jest to piękno, które można opisać, ale można je odczuwać i wysławiać z coraz to rosnącym zachwytem. Szczęście artystów jest w zrozumieniu logiki, harmonii i mądrości, z którą uzewnętrznia się zamysł Boży w materii wszechświata. Należy więc sądzić, że poczucie piękna ma związek ze zrozumieniem.

Czyż to nie jest zaskakujący wniosek? W naszym świecie takiego związku nie ma; wydaje się wręcz nieprawdopodobny – przecież każdy ma w swoim życiu doświadczenie odczucia piękna przy czymś zupełnie niezrozumiałym; możemy czegoś nie rozumieć, a to może nas zachwycać! A jednak cytowane słowa wyraźnie wskazują na taki związek. Moje przypuszczenia są więc takie, że odczucie piękna jest drugą stroną tego, czym jest również zrozumienie. W Bogu wszystko stanowi JEDNO; my będąc jeszcze tu, przybliżamy się do Niego zarówno w doznaniu piękna, jak i w dostąpieniu zrozumienia.