17.12.08

Jestem sobą

Pierwszy raz w tych notkach usłyszymy Bratka. Jest to fragment pierwszej rozmowy, jaką Anna przeprowadziła z Bartkiem. Przypominam, że Bartek był oficerem AK, odznaczonym Krzyżem Virtuti Militari, prześladowanym po wojnie przez bezpiekę. Zdradzany przez innych, poniżany, szukał pocieszenia w alkoholu. Pocieszenia nie znalazł, za to doprowadził się do alkoholizmu. To z kolei oznaczało dla nie go brak szacunku dla siebie samego. Podjął decyzję o samobójstwie, jednak Pan tak wszystkim pokierował, że zanim zdążył swoją decyzję wprowadzić w czyn (miał zamiar zastrzelić się z pistoletu, którego nie ujawnił bezpiece), zginął w wypadku motocyklowym. Pierwszą osobą wypowiadającą się w tym dialogu jest właśnie Bartek:

— Dziękuję ci w ogóle za wszystko, a przede wszystkim za to, że mnie nie „przekreśliłaś", nie odsunęłaś, że nadal uważasz mnie za normalnego żywego człowieka, a nie za gnijące ciało, jak myślą o mnie moi koledzy.

— A czy ty tak nie myślałeś?

— Prawda, i ja tak myślałem. Nawet nie wiesz, jak straszne jest uczucie, że się jest dla nich nikim, nie istnieje się po prostu, a przecież ja JESTEM! Jestem dalej Bartłomiejem N., kolegą, przyjacielem, bratem, synem, Polakiem; jestem sobą naprawdę bardziej, niż byłem nim w życiu. Ja sam siebie nie znałem. Teraz wiem.

Wiesz, staraj się być sobą bardziej, całkowicie, nie przeżyjesz wtedy takiego wstrząsu, zaskoczenia i wstydu — wstydu za niesamowitą, tępą, wieloletnią głupotę, za brak dobrej woli, chęci zobaczenia prawdy i za niemożność cofnięcia tego wszystkiego, cośmy sami „dokonali": steku zła, krzywdy i głupoty. Ja byłem już całkowicie pogrążony, zaplątany tak, że nie wiem wprost, co bym dalej mógł „narozrabiać", gdybym żył dłużej. W ostatniej chwili zostałem „złowiony".

— Bez twoich starań?

— Tak, ja byłem zupełnie bierny. To Jezus, Jego miłość, moja matka, brat, wszyscy tu, i wy tam — całe tłumy ludzi dobrej woli pracowały nade mną, tak jak i dalej nad każdym, który kończy życie. Nie wiesz nawet, jaka to jest wspaniała planowa współpraca was i nas tutaj.

Ten dialog szczególnie dedykuję tym, którym się wydaje, że modlitwa w czyjeś intencji to zwykła strata czasu. Bardzo bym chciał, by tę notkę przeczytała np. Mroczna - satanistka systematycznie odwiedzająca blog s. Anety. Jej tak samo jak Bartkowi za życia, wydaje się, że Bóg nie jest do niczego potrzebny, a modlitwy w jej intencji, nie mają jakiegokolwiek znaczenia..


4 komentarze:

  1. Leszku - tą notkę powinna przeczytać nie tylko Mroczna, bowiem wielu twierdzi, że modlitwa osobie zmarłej nie jest już do niczego potrzebna; pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Akurat ten komentarz pisałem, gdy Mroczna na blogu s. Anety odrzucała sens modlitwy w jej intencji. Wtedy zresztą zapraszałem ją tutaj, choć zupełnie nie kojarzyłem po jakim czasie ta notka się ukaże.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja rozumiem, że katolicy wierzą w modlitwy za zmarłych i może z Waszego punktu widzenia, to dobrze...
    Ale dla mnie jest to furtka dla wielu... by za życia, nie przejmować się wiarą, Bogiem, bo wszystko załatwi się po śmierci, albo... przez czyściec...
    Więc "hulaj dusza, piekła nie ma"

    OdpowiedzUsuń
  4. Jo-ann zwróć uwagę na słowa To Jezus, Jego miłość, moja matka, brat, wszyscy tu, i wy tam — całe tłumy ludzi dobrej woli pracowały nade mną, tak jak i dalej nad każdym, który kończy życie. Po pierwsze na który kończy życie - jeszcze nie skończył, ale je kończy. Po śmierci, już niczego nie da się zmienić. Po drugie na słowa To Jezus, Jego miłość, moja matka, brat, wszyscy tu, i wy tam — całe tłumy ludzi dobrej woli pracowały nade mną Innymi słowy niczego nie da się zrobić za kogoś - to osoba umierająca wybiera Chrystusa, lub go odrzuca. Trzeba jednak pamiętać, że Zły również walczy o konającego. Modlitwa w chwili śmierci, otoczenie miłością konającego sprawia, że złe duchy tracą możliwości działania, są w swoim działaniu ograniczone - konający sam wybiera, a nie kupuje myśli Złego za swoją.
    Jeśli ktoś liczy na furtkę, to się przeliczy.

    OdpowiedzUsuń